| Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat |
| Autor |
Wiadomość |
MacGazda Quest? Jaki quest?

Wiek: 22 Dołączył: 29 Sty 2009 Posty: 330 /
|
Wysłany: Pon Lip 19, 2010 6:10 pm Temat postu: Highlander - The New Game |
|
|
Warszawa, Polska
Dla Jacka Kingstona wieczór był dobry. Nie tylko wygrał sporą sumkę w nowo otwartym kasynie, ale także udało mu się nawiązać znajomość z młodą, niebrzydką laską, której szanse na zostanie kochanką potężnego Zulusa rosły z sekundy na sekundę podczas jazdy taksówką. Gdyby dziewczyna tylko wiedziała, że nie będzie pierwszą, ani nawet sto pierwszą dziewoją w łóżku Jacka.
Kingston wiedział, że niebawem trzeba będzie skończyć z życiem, które dostarcza mu tyle radochy. Że Zgromadzenie się zbliża i trzeba będzie ruszyć i szukać innych nieśmiertelnych. Na końcu zostanie tylko jeden... Czy będzie nim Jack?
Ale póki co olbrzym mógł cieszyć się chwilą. Dziewczyna coś tam szczebiotała, z radością w oczach patrzyła jak Jack płaci za kurs i rzuca, że nie trzeba reszty.
Ledwo wysiedli niedaleko jego domu, Kingston poczuł coś dziwnego. Coś czego nie czuł dawno temu. Przynajmniej nie od czasu ostatniej walki z innym nieśmiertelnym.
- Azul! - krzyknął ktoś z boku. Jack obrócił się na dźwięk swego dawnego imienia... prawdziwego imienia.
Taksówka odjechała, zaś Kingston mógł zobaczyć jak z drugiej strony ulicy nadchodzi około czterdziestoletni mężczyzna w brązowym płaszczu, dużo od niego niższy. Bardziej istotne jednak było to co trzymał w rękach - miecz, taki sam, jaki zwykli nosić rzymscy centurionowie.
- Może być tylko jeden! - krzyknął nieznajomy nieśmiertelny, atakując Jacka, który nie miał swego miecza. To znaczy miał. W domu po drugiej stronie ulicy.
Dziewczyna zaczęła krzyczeć.
Tokio, Japonia
Sashi Hiryu odkładał miecz. Na dzień dzisiejszy trening był skończony. Spojrzał jeszcze raz na mężczyznę, z którym trenował. Trenował od lat, by nie rzec wieków. On też był nieśmiertelny. I gdy w końcu nadejdzie Zgromadzenie być może będzie musiał ściąć Hiryu głowę.
- Dobrze było - rzucił tylko skośnooki, którego obecne nazwisko brzmiało Tanaka - Naprawdę dobrze -a to w jego ustach było najlepszą pochwałą.
Schodzili z maty w prywatnej sali treningowej, którą Sashi kupił za zyski z Maid Cafe. Teraz każdy z nich powinien udać się w swoją stronę - Tanak nie wiadomo gdzie, Sashi - pilnować interesów. Nagle Hiryu poczuł coś dziwnego. Jakby ktoś ich obserwował. Ktoś... inny nieśmiertelny. Nie. Nieśmiertelni. Tanaka też to poczuł. Obaj unieśli miecze. Nagle zgasły światła. Obsługi sali nie było. Byli tylko oni dwaj... i reszta.
Nowy Jork, USA
Lucian Thorn stał w drzwiach swojego apartamentu. I oczom nie wierzył. Acz sporo już w swoim długim życiu widział.
Luksusowe mieszkanie w Big Apple było wywrócone do góry nogami. Ubrania, książki, poszycia mebli - wszystko fruwało. A wyszedł tylko na jednego...
Najbardziej martwiło go jedno. Sprawdził szybko schowek. Szlag. Nie było jej. Nie było Shiavony. Tam, gdzie była ukryta leżała kartka, na której nagryzmolono:
JEŚLI CHCESZ JĄ ODZYSKAĆ ZAPRASZAM NA OSTATNIE PIĘTRO EMPIRE STATE BULDING. PODPISANO: WARLOCK
To nie było w stylu innego nieśmiertelnego - kradzież broni. Jednak nie zmieniało to faktu, że Lucian był broni pozbawiony. Ale miał za to inną - także ostrą i niebezpieczną.
Genewa, Szwajcaria
- A ten?
Yves Poireau miał dość. Od czasu gdy pewien grenadier się z nim posprzeczał pod Austerlitz nikt go tak nie zdenerwował. Wysoki, barczysty policjant od paru godzin, gdy przywieziono go na posterunek, pokazywał mu zdjęcia. Zdjęcia osób, które Yves znał. Ale oczywiście nie mógł powiedzieć, że zna.
Policjant, przedstawiający się jako Lamartine nachylił się nad nim.
- Wiem, że to trochę dziwne, że pokazuję panu zdjęcia głów ofiar, ale to tylko z nich zostało - wyjaśniał - A raczej tylko to znaleźliśmy.
Nie tłumaczył dlaczego przesłuchuje akurat Yvesa. Poireau znał tych ludzi, ale nie on ich zabił. Miał na koncie kilkudziesięciu nieśmiertelnych, ale nie tych. Zresztą ślady po cięciu wyglądały jakby dekapitacji dokonywał kompletny amator.
- Ciekawi pana może dlaczego akurat pana poprosiłem w związku z tą sprawą? - spytał wreszcie Lamartine. Pokój przesłuchań, w którym byli był ciasny i słabo oświetlony. Wentylator wolno pracował. Robiło się późno.
- A gdybym opowiedział panu historię, w którą tylko pan mógłby uwierzyć? - zaczął gliniarz ze szwajcarskiego Interpolu - O ludziach, którzy żyją wśród normalnych obywateli od tysięcy lat, zmieniają tożsamości i mają ciekawe zwyczaje... obcinania sobie wzajemnie głów.
Yves nie czuł w Lamartine aury, którą ma zwykły nieśmiertelny. Glina był normalną istotą ludzką. Więc skąd u diabła znał albo mógł znać jego sekret?! _________________
BO OCIĄGAŁEM SIĘ Z ODPISEM... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Ares Prime Zabiorę złoto ze smoczej jamy...

Wiek: 21 Dołączył: 27 Kwi 2009 Posty: 623 Skąd: Sandomierz /
|
Wysłany: Pon Lip 19, 2010 6:54 pm Temat postu: |
|
|
Jack Kingston
Dla Jacka to był ostatni wieczór życia jako ambasadora USA w Warszawie. Choć sprawował ten urząd bardzo dobrze i dokładnie , wiedział że prawdziwe obowiązki wkrótce dadzą o sobie znać. W końcu był Nieśmiertelnym. Był przodkiem Wielkiego Wodza Zulusów Czaki. Wraz z nim walczył z Burami i Brytyjczykami. Był światkiem upadku Imperium Zulusów , wywozu czarnych niewolników , walczył o prawa czarnego człowieka w USA , działał przeciw Kuklux Klanowi. Potem był ochroniarzem Richarda Nixona. Aż w końcu zosał Ambasadorem USA w Polsce. Ale był też wojownikiem , i przede wszytskim Nieśmiertelnym.
Teraz chciał tylko jednego : dobrze sie zabawić , a następnego dnia opuścić kraj i udać się do Anglii. Wszytsko było załatwione : rezygnacja z pracy , wykupiony bilet i opłacenie wszelakich wiz i pozwoleń i takie tam.
Teraz poprostu chciał się zabawić z białą kobietą. Jednak tuż pod swoją willą , gdy oboje mieli wejść i zająć się rasowym pojednaniem , pojawił się On. Inny Nieśmiertelny. W dodatku znał prawdziwe imię i być może toższamość Azula.
Jednak Zuluski wojownik nieprzestraszył się obcego. Odrzucił resztę cygara które miał w ustach i odparł do dziewczyny.
- Natalio , uciekaj stąd natychmiast. Biegnij na najbliższy posterunek policji. Ja się zajmę tym wariatem.
Jack miał w zamiarach pobiec do domu i znaleść swój miecz. To było teraz najważniejsze , choć nielatwe zadanie. Jednak doświadczenie w walce z lepiej uzbrojonymi wrogami leżało już w jego naturze. Choć ten miał miecz , Jack postanowił go zdekoncentrować.
- I ty myślisz gościu ze się przestraszę takiego hamana jak ty ? To bardzo oryginalne atakować bezbronnego przeciwnika. Jesteś niczym Burski osadnik , który prubóje zagarniać ziemie nienależące do niego. No , ale jak chcesz to choć tutaj ! Złamię ci kark !
Jakc miał w planie uchylić się przed ciosami tamtego gościa. Jeśli będzie miał pod ręką jakiś kubeł na śmieci to rzuci nim w tamtego gościa. Chodziło mu o to żeby gość stracił na chwilę uwagę gdy będzie próbował skontrować obronę Jacka , wtedy ten spróbuje przywalić wrogowi w twarz , albo sprzedać mu potężnego kopniaka w brzuch. Jeśli to się uda , wtedy szybko pobiegnie do domu i weźmie miecz. Jeśli nie , wtedt będzie próbował odebrać miecz tamtemu gościowi. I wielką ostrożnością o swoją głowę. _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Milo A co to jest RPG?

Wiek: 15 Dołączył: 13 Lip 2010 Posty: 10 /
|
Wysłany: Pon Lip 19, 2010 10:51 pm Temat postu: |
|
|
Lucian Thorn - Luciano Taradelli
Che Cosa?
Tylko tyle zdołał powiedzieć Lou po powrocie do swojego aparatamentu. Pogoda była taka, że grzechem by było odmówić sobie lampki dobrego włoskiego wina. Po chwili dywan leżący na podłodze nosił na sobie znaki ciężkich butów. Lucian był ciekaw jedynie tego, czy jego Shiavona została oszczędzona.
Niestety nie.
Włoch głośno cmoknął i dobył kartki. Przeczytał ją w ciszy i spokoju, a następnie przedarł informację na pół.
Ale paskudne pismo.
Martwiło go jednak to kim był autor notatki. Gdzieś już słyszał o Warlocku i o tym, że ten należy do elity Nieśmiertelnych. Toteż zaproszenie nie mogło napawać optymizmem osoby która w swoim dłuuugim życiu miała do czynienia z jedynie piętnastoma nieśmiertelnymi. Lucian dał kilka kroków i znalazł się po chwili w kolejnym pokoju. Dotarł do wspaniałej szafy z XIX wieku na której widać było płaskorzeźbę dostojnego rycerza. Europejczyk wyjął z szuflady pewien kwadracik. Ten mały przedmiocik wpasował w część tarczy rycerza i tym samym odsłonił ukrytą komorę w której znajdował się skórzany płaszcz. Po chwili miał go już na sobie a w nim ukrytą broń dodatkową, którą zwie się Gladiusem. Tych mieczy używanych ongiś przez mężnych Gladiatorów Lucian używał wtedy gdy nie widział sensu używania Shiavony. Nieśmiertelny zszedł na dół, zamówił taksówkę i poprosił aby "Podwieźć swoją dupę do Empire State Building".
Pewnie pan nie uwierzy, ale mam dziś spotkanie z wielką gwiazdą. dodał tylko makaroniarz i założył słuchawki na uszy, aby posłuchać nieco Simona i Garfunkela. _________________ Sprzedam Poloneza |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Nestris Eee... Jakie wybrałem imię?

Wiek: 24 Dołączył: 21 Maj 2009 Posty: 212 /
|
Wysłany: Wto Lip 20, 2010 10:04 am Temat postu: |
|
|
Sashi Hiryu
Każdy dzień spędzał tak samo ale to właśnie dodawało mu najwięcej sił do życia dalej w tym przeklętym świecie który znał niemal za dobrze po tylu latach życia. Kolejna walka z towarzyszem tej niekończącej się historii mająca poprawić jego umiejętności w posługiwaniu się mieczem. Miecz był najbardziej niebezpieczną bronią rozumiał to bo tylko miecz może ściąć głowę a gdy to zrobi pozbawić życia nawet nieśmiertelnego takiego jak on. Zdecydowanie pochwała z ust Tanaki była godna ostatnich lat ciężkiego treningu. Schował spokojnie miecz skłaniając mu się gdy ten schodził z maty. Nawet dzierżąc tytuł mistrza rodu Hiryu nie miał zamiaru zapominać o szacunku dla swojego nauczyciela uczącego go nowego stylu by mógł wzbogacić swoją wiedzę. Wiedza to potęga. Jak zwykle po treningu mieli się rozejść w końcu nie było najbezpieczniej przebywać razem bo to narażało ich na zdradzenie kim są i ułatwiało potencjalny atak na nich. Atak był tym czego bał się zawsze najbardziej w końcu większość czasu była tu liczna obsługa oraz klienci którzy ucierpieli by przy okazji co było by hańbą dla jego honoru nie splamionego niewinną krwią od tak dawna. Teraz jednak mieli się rozejść i gdy miał się uspokoić coś przestało być jak należy. Dziwne uczucie obecności. Wróg. Nie musiał czekać z wyciągnięciem miecz który zalśnił w ostatnich promieniach światła nim to zgasło. Przeciwnik był w budynku gotowy zaatakować dwóch na raz.
- Tanaka to zaszczyt walczyć u twojego boku ... niech nasz miecze raz wyjęte chowają się obmyte krwią wrogów...
Powiedział ze spokojem zamykając oczy i nasłuchując każdego dźwięku który pozwoli mu wyczuć nadchodzącego przeciwnika. W takiej jak ta ciemności jego oczy tylko przeszkadzają bo zabierają prawdę o tym co widzimy. Jedna z wielu lekcji jakie odebrał w życiu. _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Turin Turambar Eee... Jakie wybrałem imię?

Wiek: 22 Dołączył: 21 Sty 2009 Posty: 195 Skąd: Lubliniec /
|
Wysłany: Pią Lip 23, 2010 5:50 pm Temat postu: |
|
|
Yves Poireau
A niechby go szlag trafił
Nieśmiertelny mężczyzna starał się wygodniej rozsiąść na owym plastykowym krześle, które chybotało się na każdą możliwą stronę. Mocno wystukiwał palcami w rytm alfabetu morsa niecenzuralne słowa pod adresem przesłuchującego go policjanta. To już nie było znudzenie. Yves zaczynał się denerwować, a to nie wróżyło nic dobrego.
- Niesamowicie dziwne, że pan pokazuje mi zdjęcia głów ofiar.
- Nie, nie ciekawi mnie dlaczego akurat właśnie ja zostałem tutaj poproszony.
Odpowiadał w swoim stylu, pokazując, że zaczyna kończyć się jego cierpliwość. To nie był pierwszy raz, raptem 80 lat temu była podobna sprawa, ale wtedy znacznie łatwiej się dogadał z żandarmami. Część przekupiono, część zastraszono posługując się mafią. I tyle.
W dzisiejszych czasach...
Francuz tylko westchnął. Wtedy Lamartine wyciągnął swego asa z rękawa. W każdym razie on tak sądził.
Skąd mógł wiedzieć, że to tylko słabiutki walet?
Oliver spojrzał na niego z politowaniem, gładząc się po policzku, na którym zdążył pojawić się już lekki zarost.
- A jak brzmi tytuł tej książki, o której pan mówi? –zapytał prześmiewczym tonem, ale nie zlekceważył gościa. Spojrzał mu prosto w oczy, a następnie spuścił wzrok na swoje palce. Ponownie popatrzył na Szwajcara i rzekł:
- Z chęcią dołączę ją do swej skromnej biblioteki.
Tymczasem rytm w jakim stukał palcami o blat stołu się nieco zmienił. S’Eulement liczył na jego inteligencję, więc w tym momencie wystukiwał morsem:
„Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć, bądź mnie o czymś poinformować to tylko i wyłącznie na moich warunkach.” _________________ I'm a soldier. I fight. That's what I do. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
MacGazda Quest? Jaki quest?

Wiek: 22 Dołączył: 29 Sty 2009 Posty: 330 /
|
Wysłany: Nie Lip 25, 2010 4:14 pm Temat postu: |
|
|
Genewa, Szwajcaria
Lamartine zbył uwagę Yvesa, jak i alfabet Morse'a. Zamiast tego zaczął opowiadać:
- Jakieś 20-25 lat temu w Nowym Jorku zaczęli ginąć ludzie. Znajdowano trupy bez głów. Głównym podejrzanym był niejaki Russell Nash, antykwariusz. Jak się potem okazało wcale nie nazywał się Nash i nie był antykwariuszem. W ogóle nie pochodził z Ameryki, ani nawet z tego okresu czasu. Mówi coś panu nazwisko Connor MacLeod?
Urwał, czekając na reakcję weterana wojen napoleońskich, po czym kontynuował.
- Pan MacLeod i inni jego długowieczni koledzy urządzili sobie coś co nazywali Zgromadzeniem. Na końcu mógł zostać tylko jeden. Został nim MacLeod. Zdobył coś, jakąś Nagrodę. Umożliwiła mu ona zostanie śmiertelnikiem. Jakiś czas temu umarł, ale przed śmiercią poinformował mnie, że pojawią się jeszcze inni nieśmiertelni. O wiele bardziej niebezpieczni...
Znowu urwał:
- ... na przykład pan - rzucił jakby od niechcenia - albo Warlock. Zna go pan, panie Poireau? A może powinienem powiedzieć panie S’Eulement?
To też było rzucone jakby od niechcenia. Wszystko działo się tu jakby od niechcenia. Yves patrzył na glinę, który właśnie szykował się do zadania kolejnego pytania, gdy zadzwonił telefon komórkowy. Lamartine natychmiast wyszedł z pokoju, zamykając go na klucz. Naprawdę ktoś dzwonił czy był to kolejny psychologiczny trik?
Tokio, Japonia
Wróg zaatakował. Było ich niewielu, być może czterech. Ale to wystarczyło. Sashi widywał już takich. Ninja. Wojownicy ciemności. Żyją i atakują w cieniu. Ostrze Tanaki poszło w ruch. Hiryu usłyszał jak ciało przeciwnika pada bezwładnie na podłogę, po czym... błyskawicznie się podnosi. Po chwili sam zatopił swój miecz w piersi ninji, który upadł, lecz nim Sashi zdążył ciąć dalej, umknął, by atakować od tyłu. Nie było wątpliwości. Wszyscy czterej byli nieśmiertelni. Wszyscy czterej chcieli zabić obu wojowników.
- Może być tylko jeden - usłyszał z boku syknięcie, nim zafurkotał łańcuch, który okręcił się wokół jego miecza i po chwili potężna siła wyrwała mu broń z ręki. Poczuł, że ktoś za nim zbliża się, by ciąć. Oddzielić głowę od karku. I wiedział, że tym razem Tanaka mu nie pomoże. To była tylko jego walka.
Warszawa, Polska
Jack pędził po swój miecz. Właściwie, gdyby wróg nie był nieśmiertelny, byłby go już dawno zabił, połamawszy wcześniej wszystkie gnaty. Ale niestety - acz mocarne, ręce Kingstona nie były w stanie oddzielać głowy od szyi. Biegł po schodach ile sił, nie słyszał jednak, by tajemniczy napastnik go gonił.
Nagle poczuł jednak aurę. Aurę nieśmiertelnego. Poczuł ją jednak za późno, gdy był już na szczycie schodów. Coś ukuło go w ramię. Stęknął i spojrzał w bok. Na wyciągnięcie ręki stała wysoka, piękna brunetka - jedna z takich, jakie Jack mógł zaliczać w swoim łóżku. W jednej ręce trzymała jego miecz, w drugiej - strzykawkę.
- Może być tylko jeden - roześmiała się i wymierzyła zaskoczonemu Kingstonowi kopniak w krocze. Olbrzym zwalił się ze schodów. Cokolwiek mu podała - zaczęło działać. Poczuł ogarniającą go senność. Miał jednak dość siły, by jeszcze walczyć. Pytanie - czy aby na pewno?
Nowy Jork, USA
Podczas gdy w słuchawkach płynęło Sound of silecen, taksówka z Thornem zbliżała się pod jeden z największych wieżowców na świecie.
Wysiadając i płacąc za jazdę Lucian mógł się martwić jak dostanie się na szczyt tego zamkniętego na cztery spusty z racji pory dnia budynku. Okazało się jednak, że budynek wcale zamknięty nie był. Nie było nikogo, nawet ochrony - co już było dziwne. Sprawdzając Gladiusy pod ubraniem, udał się do windy i ruszył na szczyt.
Ledwo otworzyły się drzwi, prowadzące go w kierunku ostatniego piętra, Thorn wyczuł aurę typową dla innego nieśmiertelnego. Z końca korytarza wyłonił się człowiek. Był na pewno nieśmiertelny, ale nie był z pewnością Warlockiem - poszukiwanym wszak przez wszystkie kraje terrorystą.
W ręce trzymał Shiavonę. Patrzył to na broń, to na Thorna. W końcu rzekł:
- Chcesz ją? To ją sobie weź... Taradelli - po czym rzucił kurtkę na podłogę i stanął w pozycji gotowej do walki.
Gotham, gdzieś w USA
- Niepotrzebnie zabiliśmy tego faceta, Benny - mówił młodszy bandzior, uzbrojony w kij baseballowy i kryjący się pod śmietnikiem - On może się mścić.
- Och, zamknij się, Tony - rzucił wściekle Benny. U jego stóp spoczywał sporych rozmiarów łom, on sam zaś liczył pieniądze, wyciągnięte z portfela w gustownej skórze - Mógł oddać po dobroci. A poza tym, durniu,to miasto się tylko nazywa Gotham. Ten cały Batman czy jak mu tam nie istnieje. To mit. A to - potrząsnął portfelem - jest fakt.
Tony się wcale nie uspokoił. Miał wrażenie, że ktoś ich obserwuje. A nawet jak nie, to nie są sami. W zaułku rozległ się hałas spadających puszek i pojawiła się postać Katsuhiro Shiva .
- To tylko ślepy włóczęga - mruknął Benny, który na dźwięk puszek się poderwał - Czego tu szukasz, łachmyto? - warknął, odzyskując odwagę i nie zwracając uwagi na to, że długa rzecz trzymana w ręce ślepca wcale nie jest białą laską.
Oslo, Norwegia
Impreza była ostra. Elise Solberg nie była całkiem pijana, ale specjalnie nie odstawała od reszty swoich gości.
- Naprawdę jesteś agentką? - pytał jeden z mężczyzn, któremu blisko już było pod stół - Jak ten, no... James Bond?
- Agentką podróży, debilu - rzuciła jedna z koleżanek Elise, która jednak nie miała pojęcia, że narąbany osobnik był bliższy prawdy niż ona - Świetna impra, El - dodała, obejmując panią domu - Naprawdę.
Muzyka była głośna, alkohol lał się strumieniami, gości - znajomych panny Solberg i ich znajomych - było sporo. Ktoś kiedyś powiedział, że nieśmiertelni potrafią się bawić i świetnie pasowało to do młodej dziewczyny, która jednak była dość stara, żeby pamiętać wyprawy silnych mężczyzn w wielkich łodziach. Wojowników, z których najmniej męski miał i tak więcej jaj niż obecni na przyjęciu panowie. Tacy jak lekko podpity bankier, który właśnie wychodził z drugiego pokoju, w spoconych rękach niosąc... Oskiego, broń, która niejedną istotę pokroju Elise pozbawiła głowy.
- Kurde, El, skąd ty masz takie cacko? - zapytał, śmiejąc się i machając mieczem tak pechowo, że strącił lampę i dwie flaszki wódki - O, prze-prze-przepraszam - wyjąkał, pochylając się wraz z mieczem. _________________
BO OCIĄGAŁEM SIĘ Z ODPISEM... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Ares Prime Zabiorę złoto ze smoczej jamy...

Wiek: 21 Dołączył: 27 Kwi 2009 Posty: 623 Skąd: Sandomierz /
|
Wysłany: Nie Lip 25, 2010 6:48 pm Temat postu: |
|
|
Jack Kingston
Jack nie spodziewał się takiego wieczoru.
Dwoje nieśmiertelnych. On sam bez miecza. Jeszcze naszpikowali go prochami i dostał po przyrodzeniu.
Ażeby was wszytskich wykastrowano - pomyślał Jack starając się utrzymać na nogach i nie zemdleć. Laska była cwana. Na dodatek miała jego tasak. Jack nie miał wyboru , musiał się z nią zmierzyć.
Jeśli miał nadal strzykawkę w ramieniu wyciągną ją jak naszybciej.
Zulus musiał się wziąść w garść. Był osłabiony , ale nadal był w stanie walczyć.
Jednak był tu też drugi Nieśmiertelny, tamten gościu.
Z dwoma mógłby walczyć gdyby był w normalnym stanie i byłby uzbrojony. Ale pomyślał o jednym : system alarmowy w pokoju obok.
Gdyby uruchomił cichy alarm , policja przyjechała by w kilka minut.
On zaś miałby czas na przytrzymanie jej w walce. Jack pobiegł do pokoju obok i uruchomił na ścianie przycisk z cichym alarmem.
Potem kilkoma uderzeniemi rozwalił stolik i wziął z niego 2 nogi. Tak uzbrojony wyszedł naprzeciw kobiecie. To musi wystarczyć. Przypomniał sobie jak walczył u boku Czaki i jak przechodził szkolenie na ochroniarza prezydenta. Wiedział że wygra.
Jednak musiał się skupić , i wiedział że nie może zasnąć. Inaczej będzie po nim.
Uzbrojony w stołowe nogi , w miarę możliwośći wbiegać po schodach przygotowując jedną nogę do rzutu w kobietę , a drugą do zdzielenia ją po rękach.
- Może być tylko jeden... - sykną do kobiety , i wprowadził w życie swój plan.
Jack musiał byś niezwykle ostrożny. Raz że miał przed sobą koboetę z jego mieczem , a dwa że mógł tutaj wkroczyć ten drugi gość. _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Mag The Elite One

Wiek: 22 Dołączył: 05 Kwi 2008 Posty: 572 Skąd: NDM /
|
Wysłany: Nie Lip 25, 2010 8:07 pm Temat postu: |
|
|
Elise Solberg
music theme: http://www.youtube.com/watch?v=azdpWvGflVs
Było grubo o północy, ale huczna impreza w apartamencie w centrum Oslo nie miała się jeszcze ku końcowi.
Elise bawiła się wyjątkowo dobrze. Wszystko było zorganizowane doskonale: muzyka, katering oraz najważniejsze, czyli alkohol. Uwielbiała kiedy przychodziły do niej takie tłumy gości. Tylko kilkoro z nich znała, reszta była zaproszona jako znajomi znajomych.
Leżała na kanapie delektując się ostatnimi kroplami Porto. Zasada była prosta - lepsze trunki na początek, bo później przestawało się czuć różnice między winem za okrągłą sumę od zwykłego sikacza.
Jej koleżanka Grethe przytuliła się do niej i z miejsca zasnęła. Jak dobrze, że ma urlop od obowiązków. Podczas krótkiej chwili kiedy pozwoliła sobie na wspominania to uznała, że kiedyś to jednak były imprezy. Ach te czasy kiedy pijani wojownicy napadali na wioski i palili je dla zabawy...
music theme: http://www.youtube.com/watch?v=6cQbol_UJRc
- Naprawdę jesteś agentką? - dodarły do niej słowa, które przedarły się przez głośną muzykę. Roześmiała się rozkosznie. Mówiąc szczerze miała mieszane uczucia względem ewolucji mężczyzn. Zmienili się oni dużo bardziej niż kobiety przez ten czas jaki Elise stąpa już po tej ziemi. Śmiała się też ze swojego zawodu.
- Świetna impra, El - odparła Solvi, która wcześniej pouczyła owego mężczyznę, czym zajmuje się zawodowo gospodyni tego domu. Lubiła tą dziewczynę najbardziej. Lansowała się na zadziorną pewną siebie, nawet raz jak spacerowały nocą po Berlinie i zostały napadnięte do stanęła w jej obronie. Jeszcze bardziej zaczęła się śmiać na wspomnienie tamtej nocy.
Przytuliła ją czule, gdy ta objęła ją.
Jakiś czas później, kiedy siedział na oparciu wielkiej kanapy sącząc "Sex on the Beach" jej uwagę zwrócił odgłos roztrzaskujących się na marmurowej podłodze butelek wódki oraz lampka.
Elise przekrzywiła lekko głowę, ale wyglądało na to, że mało ją to obeszło. Dopiero widząc, że to nieznany jej z imienia mężczyzna strącił to mieczem to na jej twarzy pojawił się cień niezadowolenia.
Wstała i dając popis utrzymując pion na niemiłosiernie wysokich obcasach będąc tak wstawioną podeszła do niego.
Kopnęła go w nadgarstek tak, że miecz od razu wypadł mu z dłoni na umoczoną wódką podłogę.
- To... - zaczęła patrząc na Oskiego. Chciała go podnieść ale wstrzymała się. Tobie też przyda się zabawić przyjacielu i wylała na jego ostrze resztki swojego drinka. Kostki lodu rozsypały się dookoła.
- ...To jedyny prawdziwy mężczyzna jaki pozostał na tym świecie - odparła pomagając wstać facetowi z podłogi jedną ręką, a drugą chwytając za miecz. Była dużo lepiej zaprawiona w piciu alkoholu niż można by się tego spodziewać po kobiecie podającej się za agentkę podróży i ex-modelkę - Ale możesz udowodnić, że jest inaczej... - uśmiechnęła się do niego drapieżnie i zaciągnęła obu do sypialni. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Turin Turambar Eee... Jakie wybrałem imię?

Wiek: 22 Dołączył: 21 Sty 2009 Posty: 195 Skąd: Lubliniec /
|
Wysłany: Nie Lip 25, 2010 8:21 pm Temat postu: |
|
|
Oliver S'Eulement vel Yves Poireau
Skurwysyn.
Nieśmiertelny naprzemiennie zaciskał i rozluźniał pięści. W końcu nie wytrzymał i uderzył pięścią w stół.
- MERDE!
Ale to wszystko z wściekłości wywołanej chwilową bezsilnością. Jednak już po sekundzie żałował swojego czynu
Wstał i przeszedł się po pokoju.
Zbyt gwałtownie, cholera! Co się ze mną dzieje?! Po kiego taka reakcja? Spokojnie, Oli! – starał się opanować. Yves oparł się o ścianę i założył ręce na piersi.
MacLeod. Connor MacLeod. Kto by pomyślał?
Ciężko westchnął. Spojrzał na lustro, zza którego pewnie go obserwowali.
Jeśli to naprawdę on… Wiadomo, że zdobył Nagrodę. Ale, żeby ostrzegał przed kolejnym Zgromadzeniem jakiegoś glinę?
Podrapał się po brodzie.
W dodatku wspomniał o Warlocku. Na moje szczęście go nie znam, ale oczywiście, że o nim słyszałem… Broń mnie Boże, żebym miał się z nim spotkać. Nie jestem na to gotowy. Jeszcze nie jestem…
Te wszystkie informacje przypomniały mu jak…
21 lipca 1798
Rozpaczliwy atak piechoty Mameluków właśnie się rozbijał o stalowe mury czworoboków gen. Marmonta. Yves właśnie przed chwilą stracił bagnet, gdyż jeden z arabów ciął szeroką szablą przez jego karabin. Młody chłopak uderzył go kolbą w twarz łamiąc nos i kości policzkowe. Nie tracił czasu na dobijanie go, tylko cudem odepchnął pchnięcie kolejnego przeciwnika. Ten jednak skończył z bagnetem wbitym prosto w serce – któryś z kumpli uratował życie młodemu chorążemu.
Prawie dwie godziny później, kiedy medyk obwiązywał jego ranne ramię, obchodzący cały obóz przyszły Cesarz Francuzów rzekł swemu ulubieńcowi.
- Nie przejmuj się Oliverze! Każdą twierdzę można zdobyć, każdego wroga powalić, potrzeba ci tylko na to wszystko odpowiednio dużo czasu i cierpliwości. I nie przejmuj się stratą broni, ważne, że głowę nadal masz na karku.
Bonaparte nie mógł przewidzieć, jak bardzo prorocze okażą się jego słowa.
Teraźniejszość.
- Panie Lamartine! Skończmy wreszcie te gierki, co? – rzucił głośno.
Lamartine, jak na zawołanie, wszedł.
- W porządku - rzucił, znowu beznamiętnie - Proszę mi wybaczyć te teatralne zagrania. Ale to się dzieje z człowiekiem, gdy pracuje on 20 lat z Connorem MacLeodem.
Urwał i zaczął znowu.
- Przed chwilą ja pytałem. Teraz może zamieńmy się rolami. Ja pana sprawdziłem, teraz pańska kolej by sprawdzić mnie - stwierdził, rozsiadając się tam, gdzie przed chwilą grzał pośladki wojownik Bonapartego.
S'Eulement podniósł brew w geście zdziwienia. Nie spodziewał się tego.
On... chce zdobyć moje zaufanie? Nie był tego jeszcze pewny, ale... Jest w takim razie na dobrej drodze.
- Ok – - odarł na jego propozycję. - W takim razie przejdę do sedna. Jaki interes miał MacLeod w poinformowaniu o naszym istnieniu? Czy chciał zapobiec Zgromadzeniu? I dlaczego akurat pan? - drążył nieustannie. Skoro miał okazję to dlaczego z niej skorzystać? Dlatego zapytał jeszcze - Co moja niekoniecznie skromna osoba ma tu do rzeczy? _________________ I'm a soldier. I fight. That's what I do.
Ostatnio zmieniony przez Turin Turambar dnia Pon Lip 26, 2010 4:54 pm, w całości zmieniany 2 razy |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Milo A co to jest RPG?

Wiek: 15 Dołączył: 13 Lip 2010 Posty: 10 /
|
Wysłany: Pon Lip 26, 2010 8:55 am Temat postu: |
|
|
Lucian Thorn - Luciano Taradelli
Muzyka grająca w windzie starała się przede wszystkim uspokoić korzystające z jej usług osoby. Lucianowi nie była ona w żadnym przypadku potrzebna. Nastrajał się na spotkanie słuchając "We No Speak Americano".
Pa Pa Americano
Im bliżej było górnego piętra tym bardziej przypominały mu się stare czasy. W końcu wyobraźnia sprawiła, że winda zatrzymała się na poziomie pełnym dostojnie ubranych osób. Pierwsza klasa transatlantyckiego statku zdolnego pomieścić ponad dwa tysiące osób. Na szczęście nie był to Titanic. Lucian mógł oczywiście załapać się na bilet na pierwszą klasę, ale nie o to tu wtedy chodziło. Pewien Irlandczyk wyrządził jego przyjacielowi niezwykłą krzywdę, kradnąc cały majątek. Luciano miał mu wtedy "wystawić rachunek za poniesione szkody", a przy okazji dostać się do krainy mlekiem i miodem płynącej.
Winda się zatrzymała. W powietrzu od razu dało się wyczuć smród nieśmiertelnego. Luciano nie musiał długo czekać. Jego przeciwnik po chwili ukazał się w całej swojej krasie. Oczywiście dał Taradelliemu do zrozumienia, że go zna. Szkoda tylko, że Lucian nie mógł tego samego powiedzieć o nim.
Uno. Nie ładnie jest kraść. Duo. Jak się dowiem kto Cię strzyże to Cię pomszczę. Tre. Dlaczego Empire State Building? Może jeszcze chcesz King Konga?
Zanim Lucian skończył miał już w ręku Dwa Gladiusy.
Panie przodem. ukłonił się Wenecjanin. _________________ Sprzedam Poloneza |
|
| Powrót do góry |
|
 |
MacGazda Quest? Jaki quest?

Wiek: 22 Dołączył: 29 Sty 2009 Posty: 330 /
|
Wysłany: Czw Lip 29, 2010 5:36 pm Temat postu: |
|
|
Oslo, Norwegia
Elise z trudem podnosiła się ze zmierzwionej pościeli. Głowa ją bolała, czuła się połamana, zaś w ustach miała straszliwy niesmak. Niestety, bycie nieśmiertelnym nie czyniło kacoodpornym. Na łóżku dalej leżał zaciągnięty tu przez nią mistrz miecza, który zapadł w kamienny sen, gdy tylko znaleźli się w pokoju. Dziewczyna podniosła zatem Oskiego, zaprawdę ostatniego mężczyznę z tamtych, lepszych czasów.
Tyle rzeczy było do zrobienia - od posprzątania po imprezie, do wykombinowania co zrobić z kacowym dniem. Wszelkie rozmyślania przerwał dzwonek telefonu. Gdy go odebrała w słuchawce dał się słyszeć męski głos:
- Elise Solberg? - spytał i nie czekając na odpowiedź powiedział - Adolf Strindberg, Interpol. Czekam przed pani domem. Zechce mnie pani wpuścić i poświęcić mi kilka minut?
Genewa, Szwajcaria
- MacLeod zyskał nie tylko śmiertelność - Lamartine dalej był bardzo spokojny. Yves mógł się zastanawiać czy spotkał kiedyś kogoś spokojniejszego - Także kilka dodatkowych... umiejętności. Skoro pan może kiedyś zdobyć Nagrodę, powinno to pana zainteresować.
- Konkretnie - podjął po chwili wątek - MacLeod zyskał umiejętność jasnowidzenia. Ograniczoną wprawdzie, bo nie mógł przewidzieć co stanie się z nim samym, ale dobrze widział co przydarzy się innym. Przewidział, że będzie kolejne Zgromadzenie. I że weźmie w nim udział ktoś kto zlekceważył poprzednie. Ktoś kogo Nagroda zdobyta przez MacLeoda nie satysfakcjonowała i liczył, że następna będzie większa. Domyśla się pan o kim mówię?
Sięgnął do szuflady. Wyjął teczkę, którą otworzył tylko po to, by wyrzucić na blat biurka zdjęcie dobiegającego czterdziestki mężczyzny.
- Pan Warlock... jak się naprawdę nazywa nikt nie wie, zresztą to bez znaczenia - ciągnął Lamartine - MacLeod twierdził, że on wygra Zgromadzenie, a wtedy... cóż, świat może się lekko zmienić - policjant uśmiechnął się - MacLeod przewidział, że będzie jednak paru innych nieśmiertelnych, gotowych do pewnych poświęceń. Pan, pewna koleżanka, u której jest teraz mój kolega, jeszcze ktoś...
Lamartine wstał i przespacerował się po pokoju. W końcu rzekł:
- Panie Oliverze, zawrzyjmy umowę. Dam panu wszystko co tylko moge, jaki pan chce sprzęt i ludzi... a pan stanie na czele drużyny, której celem będzie znalezienie i uśmiercenie Warlocka. Nikt się nie będzie dziwił pościgowi, to powszechnie znany terrorysta. Potem, gdy on już będzie martwy, dokończycie sobie tą Grę i kto wie, może to pan zdobędzie Nagrodę. Co pan na to? - po raz pierwszy Yves coś wyczuł w głosie gliny. Była to nadzieja.
Nowy Jork, USA
- Może być tylko jeden - krzyknął przeciwnik, atakując Thorna. Lucian musiał się bronić. Wróg był silny i sprawny, pokonałby słabszego oponenta... ale Taradelli nim nie był.
- Zwracam honor - rzucił po chwili wąsacz - Myślałem o tobie źle. Jesteś naprawdę dobry. Szkoda, że musisz umrzeć.
Po chwili znowu zaatakował. W jego mniemaniu był góra, ale prawda była taka, że zwyciężał Thorn. I właściwie był on bliski zyskania tak broni z powrotem, jak i kolejnej głowy kolejnego nieśmiertelnego.
Warszawa, Polska
Kobieta upuściła miecz, uderzona przez Jacka, po czym sama zwaliła się ze schodów, uderzona solidnie przez Murzyna nogą stołową. Niestety, po chwili znowu zjechał na dół sam Kingston. Wylądował obok brunetki. Tuż obok leżał miecz. Jego miecz. Wystarczyło podnieść i zadać cios przerywający połączenie głowy z szyją. Przyspieszenie na pewno by go ożywiło i dało siłę do walki z tamtym. Tamtym, który wchodził do willi. Jack już słyszał jego kroki i głos mówiący:
- Ludmiła, nie popisałaś się. Chyba ja wezmę głowę tego Zulusa...
Jack zbierał siły, ale czuł się bardzo słaby. Miecz był tak blisko, a jednocześnie tak daleko. I jeszcze trzeba było się z nim podnieść. Walczyć z tamtym czy próbować dekapitować Ludmiłę? Oto jest pytanie, jakby powiedział pewien książę Danii. _________________
BO OCIĄGAŁEM SIĘ Z ODPISEM... |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Mag The Elite One

Wiek: 22 Dołączył: 05 Kwi 2008 Posty: 572 Skąd: NDM /
|
Wysłany: Czw Lip 29, 2010 10:10 pm Temat postu: |
|
|
Elise Solberg
El westchnęła przeciągle niczym umęczona dusza zmuszona do wiecznej tułaczki.
- Oj... Proszę zadzwonić do mojej asystentki... - dopiero teraz spojrzała na kanapę w salonie, na której to właśnie odsypiała jej asystentka. Cholera jasna... Mimo to ciągnęła musiała pociągnąć to dalej - ...I umówić z nią termin spotkania... - dodała głosem mówiącym by dał jej spokój.
- To zajmie chwilę. Poza tym jakie ma pani gwaranację, że ktoś do czasu naszego spotkania nie utnie pani głowy... - Adolf zrobił przerwę - albo czegoś innego?
- W tej chwili to by mi pewnie bardzo pomogło... - burknęła cierpiąc na ból głowy wywołany chorobą dnia po imprezie. Co to do cholery jest Interpol?! zaczęła myśleć intensywnie. Ale jedyne co z tego wynikło to obudziło się jej pragnienie.
Krokiem mary ruszyła do kuchni po sok. Ale w ostatniej chwili wybrała drogę do łazienki.
- Tak, domyślam się, że byłaby to dla pani pewna... hmmm... Nagroda - znowu przerwa, Adolf w coś grał - Rozumiem, że miała pani wczoraj w mieszkaniu małe Zgromadzenie... gości. Ale może mnie pani jednak przyjmie? Obiecuję nie zanudzić na śmierć. Zresztą to chyba dla pani nieszkodliwe - zachichotał.
Nie złapała jego żartu.
Dziś będzie ciężki dzień.
Włączyła w telefonie zestaw głośnomówiący i położyła telefon na umywalce, sama weszła do wanny.
- Pan z policji? - zapytała - Cholera, przecież zawsze informuje sąsiadów, że będzie impreza ... - włączyła zimny strumień wody na siebie. Czuła jak wraca do życia. Współczuła tym biednym śmiertelnikom, którzy przez taki tryb życia tracili część zdrowia. Jej to nie groziło.
- Przypuszczam, że nie pierwsza impreza w pani życiu. Sporo tego musiało być, co? Ciekawi mnie kto więcej wypił przez ten czas - pani czy pani miecz... - i urwał.
- Co ten kretyn nagadał... - powiedziała do siebie, ale już myśli nie podsunęły jej podpowiedzi, że "ten kretyn" wciąż jeszcze śpi więc nie był winny tego o co go oskarżała. Zapewne wszystko przez to, że już myślała o tym, że musi się ogarnąć i zejść na dół - Proszę dać mi 10 minut... i spotkajmy się w kawiarni na dole... - zanurzyła się w wodzie, która do połowy zapełniła wannę.
Udało jej się wybrać w 25 minut, ale nawet duża warstwa makijażu nie mogła ukryć zmęczenia i zniechęcenia do tego dnia.
Weszła do kawiarni swoim pewnym i pełnym gracji krokiem i zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu Adolfa, Alfreda?.
O tej porze nie było tu wiele osób dlatego od razu skierowała się do samotnie siedzącego mężczyzny ubranego w czarny garnitur i usiadła naprzeciw niego.
Facet przedstawił się jej ponownie.
Adolf Strindberg.
Elise przyjrzała mu się uważnie i stwierdziła, że z miejsca by zamieniła go z tym gościem co teraz leżał w jej sypialni.
- Zakładam, że już się pani domyśliła, po co panią ściągnąłem tutaj - zagaił Strindberg - Jak i tego, że wiem kim pani jest?
Kelnerka przyniosła jej koktajl.
- Nie koniecznie... Ale cieszę się, że wie pan kim jestem. Na razie mam urlop, ale od poniedziałku wracam do bycia agentką podróży, wtedy możemy porozmawiać o interesach...
- Obawiam się, że pani urlop się przedłuży - Adolf starał się brzmieć poważnie - Ja i moi koledzy z Interpolu mamy dla pani propozycję. Od pani zgody zależą losy świata i pani życie. Właściwie to pani życie i losy świata, bo jak zetną pani głowę to dopiero wtedy ze światem będzie krucho. O ile zetnie ten, którego chcemy, by pani pomogła nam złapać. Mówi pani coś nazwisko Warlock?
- I wiecznie to samo... - mruknęła i wypiła duszkiem koktajl mleczny - Nie, nie mówi mi nic to nazwisko. - spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Terrorysta. Zamachowiec. Zabija ludzi. Jest nieśmiertelny. Jak pani. Ma miecz. Jak pani. Ściął sporo głów. Jak pani. Interpol tworzy drużynę, żeby go zabić. Żeby zabili go ludzie tacy jak pani. Ktoś już gada z osobami pani pokroju. Wchodzi pani w taką ... Grę? - zawiesił głos.
Kiedy mówił to wszystko jej spojrzenie zaczynało zdradzać, że jest coraz bardziej zainteresowana jego osobą.
- Cholerny Loki! - odparła w końcu. - Macie namiary na inne Walkirie? - zapytała po chwili.
- Dostanie je pani, jak wyeliminujemy tą najgroźniejszą. Innymi słowy, jak głowa pana Warlocka spadnie, może pani robić co pani sie żywnie podoba - uśmiechnął się szeroko Strindberg.
Zaśmiała się rozbawiona jego słowami.
A co niby do tej pory robiła?
- Nie wiedziałam, że Interpol zajmuje się takimi sprawami... - prawdę mówiąc wciąż nie kojarzyła czym jest Interpol.
- A ja nie wiedziałem, że istnieją nieśmiertelni.
- Aww, urocze. - spojrzała na niego chciwie - Co robi pan po pracy?
- To zależy... - spojrzał na nią... nieco mniej chciwie... ale chciwie. Zapewne przytłaczało go to, że kobieta siedząca przed nim nie była tak młoda na jaką wyglądała.
- To wie pan, gdzie mnie znaleźć - mrugnęła do niego uwodzicielsko. Wstała od stolika i ruszyła do wyjścia, przechodząc przy ladzie rzuciła tylko niedbale do dziewczyny za ladą:
- Rachunek wyślijcie tam, gdzie zawsze. |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Turin Turambar Eee... Jakie wybrałem imię?

Wiek: 22 Dołączył: 21 Sty 2009 Posty: 195 Skąd: Lubliniec /
|
Wysłany: Pią Lip 30, 2010 11:00 am Temat postu: |
|
|
Oliver S'Eulement
Francuz uważnie słuchał gliniarza. Gość naprawdę był na swój sposób intrygujący.
MacLeod posiadł umiejętność jasnowidzenia? Jeśli mówi prawdę, to ten fakt wiele tłumaczy.
Jednak nie potrzeba było mocy jasnowidzenia, by domyślić się, o kim mówi Lamartine.
S’Eulement chwycił fotografię przedstawiającą Warlocka w dwa palce i przyglądał się jej ponuro. Jednocześnie jego serce zaczęło bić w nieco większym tempie.
Jeszcze większa Nagroda, której moc będzie pozwalała na istotną zmianę świata…
Poczuł niesamowitą suchość w gardle. Ręka automatycznie chciała powędrować do pasa, by poczuć zimny dotyk głowni jego broni, choć oczywiste było, że leży sobie spokojnie w jego mieszkaniu.
Oliver aż przełknął ślinę. Pokusa była naprawdę wielka, lecz odprawił ją równie szybko, jak szybko go ogarnęła.
Kiedy szwajcar powiedział o kilku Nieśmiertelnych, którzy będą gotowi do poświęceń, w jego umyśle pojawił się błysk z przeszłości.
Obrzeża Paryża,13 maja 1943 roku
Syreny niemieckiego obozu oznajmiały wszystkim, że oddział francuskiego ruchu oporu ucieka z ciężarówką pełną angielskich jeńców.
Yves razem z jednym z kumpli czekał przy budce zwodzonego mostu, który był ich jedyną drogą ucieczki. Rozkaz był prosty, podnieść most jak tylko ciężarówka przejedzie na drugą stronę. Jednak nie mogli przewidzieć zabłąkanego handgranate, który poszarpał kable dostarczające prąd.
Ciężarówka właśnie przejeżdżała, kiedy Oliver zdzielił pięścią ogłuszył towarzysza i wrzucił go na pakę. Sam oddał salut i popędził do rozerwanych kabli, nie zwracając uwagi na krzyki swego dowódcy.
Ludzkie ciało przewodzi prąd. Lecz ilość jaka jest potrzebna do podniesienia zwodzonego mostu… S’Eulement był nieśmiertelnym, ale to wcale nie oznaczało, że odczuje mniejszy ból. Jednak nawet jeśli miał jakieś wątpliwości, nie okazał ich. Nie marnując czasu, chwycił dwa końce grubego jak kciuk kabla, a potężne natężenie prądu skorzystało z jego ciała jako przewodnika. Most zaczął się podnosić…
Teraźniejszość.
- Panie Oliverze, zawrzyjmy umowę. Dam panu wszystko co tylko mogę, jaki pan chce sprzęt i ludzi... a pan stanie na czele drużyny, której celem będzie znalezienie i uśmiercenie Warlocka.
- Że jak?! – wyrwało mu się. W tej chwili gość go zaskoczył. Tylko dlatego nie odpowiedział automatycznie „Non!”
Chciał wstać i wyjść. Lecz wtedy zauważył spojrzenie tego starego gliny. Cholera!
Już wiedział co się stanie, co nastąpi. W końcu zdarzyło się to tyle razy i za każdym razem kończyło się tak samo. Ten uścisk w klatce, gdzieś na wysokości mostka.
Oliver wiedział, że to zrobi. Zrobi „bo tak trzeba”. Choć zupełnie nie miał na to ochoty oraz siły. Ale „tak trzeba’.
Odetchnął ciężko i jakby chcąc kupić sobie choć troszkę czasu rzekł obojętnie.
- Jaką mogę mieć pewność, że nie współpracuje pan z Warlockiem? Może chcecie nas mu wystawić?
- Gdyby tak było, nie byłoby tej rozmowy. Od razu byśmy pana dostarczyli na dekapitację – odparł szybko Lamartine.
- Mhm – Francuz nie mógł nie przyznać mu racji.
Milczał przez chwilę, patrząc gdzieś przed siebie.
Nie ma co przeciągać… Decyzja była podjęta, nim zaczął się nad nią zastanawiać.
- Ok, zgadzam się - westchnął, biorąc ten ciężar na swoje barki. Nie mógł spojrzeć rozmówcy prosto w oczy, gdyż w jakiś sposób wstydził się czegoś. Przeszedł się po pokoju, przeciągnął, wziął głęboki oddech i ze świstem wypuścił powietrze. Oparł się ponownie o ścianę.
No to jedziemy z tym koksem.
- W takim razie, pozwoli pan, że nie będę tracił czasu – od razu przeszedł do konkretów. - Chcę wszystkie informacje o moich... współpracownikach. Oraz wszystko co macie na temat Warlocka – od tego musiał zacząć.
- Zobaczy się pan z nimi... niebawem. Dokumenty ma pan w tej tecze - Lamartine podał mu tą, którą wcześniej wyjął z biurka - Zaś teraz zapraszam pana na spotkanie z naszym specjalistą, który będzie pomagał pańskiej drużynie od strony technicznej – gość zaczął się podnosić z krzesła.
- W porządku, ale za chwilę – Oliver powstrzymał go gestem dłoni. – Jeszcze jedno, chcę jednego z waszych ludzi jako osobistego asystenta.
- Dobrze - wziął komórkę - Roux ma być za chwilę na strzelnicy - rzucił do telefonu.
- Coś jeszcze?
Francuz podrapał się po brodzie.
Muszę się uspokoić i to wszystko ogarnąć. Wtedy będziemy się mogli dalej z tym wszystkim pobawić.
- Wszystko... jak na razie. Niech pan prowadzi do tego speca od techniki – odpowiedział.
Spojrzał na trzymane w ręku zdjęcie Warlocka.
Shall we begin our little game? _________________ I'm a soldier. I fight. That's what I do.
Ostatnio zmieniony przez Turin Turambar dnia Pon Sie 02, 2010 7:40 pm, w całości zmieniany 1 raz |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Pavlus aka Skyfire Nie wziąłem twojego złota!

Wiek: 29 Dołączył: 05 Kwi 2008 Posty: 492 Skąd: Konarzyny /
|
Wysłany: Pią Lip 30, 2010 2:24 pm Temat postu: |
|
|
Katsuhiro Shiva
Nad Gotham unosiła się nocna mgła i ciemność panowała niezmierzona. Katsuhiro szedł niemal bezszelestnie, badając drogę przed sobą białą laską. Dla niego ciemność była sprzymierzeńcem, siostrą, przyjaciółką i jego światem, w którym żył już wiele stuleci.
Gdyby ktoś przypadkiem przechodził tamtędy, zobaczył by zwykłego ślepca sunącego ulicą w sobie tylko znanym celu. Gdyby ktoś przypadkiem mógł zajrzeć pod czarny płaszcz z kapturem, zdziwił by się widząc elementy zbroi z czasów feudalnej Japonii oraz dwa miecze.
Odgłos ciała padającego na ulicę momentalnie wyrwał niewidomego z jego rozmyślań, w których to rozważał dalsze plany potrzebne do wykonania jego misji.
Shiva ożywił się, przyspieszył idąc nadal bezszelestnie w stronę odgłosu. Biała laska zwinęła się i wylądowała przy pasie, a w dłoni pojawiła się katana w zdobionej pochwie.
Nienawidził takiego obchodzenia się z bronią, używanie jej jako laski zakrawało na profanację, ale cóż poradzić. Czasy się zmieniają, a jego działania wymagają niekonwencjonalnych środków.
Nieśmiertelny wpadł do zaułka niby przypadkiem strącając z kosza kilka puszek po piwie. Efekt był natychmiastowy i zgodny z jego oczekiwaniami.
Czuł strach jednego z bandziorów, niemal namacalną falę obrzydliwego strachu, który tak lubił wywoływać u swych ofiar.
Wieki życia pozbawionego wzroku wyostrzyły w nim inne zmysły ponad ludzką miarę. Widział tych dwóch opryszków niemal tak, jakby miał normalny wzrok. Czuł od nich smród potu zmieszanego z alkoholem, z samych głosów mógł odwzorować położenie przeciwników w terenie.
Będąc w pełni świadomy ich pozycji śmiało wkroczył na ich teren. Mieli go za ślepego włóczęgę, a to tylko ułatwiało sprawę.
- Zapomniałeś dodać „żółty ślepcze” – warknął nieprzyjemnym głosem.
- Jeszcze się nie zeszczałeś w portki Tony? – w mgnieniu oka katana przeskoczyła do lewej ręki, a prawa sięgnęła po wakizashi. Ostrze zalśniło w mroku i poleciało w stronę Tonyego. Katsuhiro tymczasem nie czekając na efekt rzutu wydobył katanę z pochwy.
- A ty zaraz będziesz żałował, że ten twój Batman naprawdę nie istnieje.
Dał przeciwnikowi inicjatywę. Znał na tyle takich bandziorów by wiedzieć jak mogą zareagować. Znając życie tamten chwyci za to, czym zabił ofiarę i zaatakuje, a wtedy Katsuhiro przetnie mu tą prymitywną broń i samego właściciela. Jeśli sięgnie po gnata wtedy nieśmiertelny doskoczy wbijając miecz w pierś opryszka.
 _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
Ares Prime Zabiorę złoto ze smoczej jamy...

Wiek: 21 Dołączył: 27 Kwi 2009 Posty: 623 Skąd: Sandomierz /
|
Wysłany: Pią Lip 30, 2010 6:02 pm Temat postu: |
|
|
Jack Kingston
To jednak nie był taki dobry wieczór dla Jacka.
Przynajmniej wyeliminował brunetkę. Na jakiś czas. No i nadchodził tamten gość. Ale Jack nie miał zamiaru się poddawać.
Był Zulusem , wywodził się z narodów żyjących w sercu Afryki. Nie mógł ot tak dać się zabić. Nie. To nie byłaby dobra śmierć dla niego.
Zebrał wszytskie swoje siły. W końcu trening agenta FIB i przygotowania w Afryce ponownie się przydadzą. Jack miał zamiar podnieść swój miecz.
http://fc07.deviantart.net/fs28/f/2008/132/f/1/Buster_sword_by_Wen_JR.jpg
Miecz który idealnie pasował do Jacka. Mało kto przeżywał nim cios, i połamał nim miecze innych Nieśmiertelnych z któymi dotąd walczył.
Jakck wiedział że jego oręż go niezawiedzie. Zebrał wszystkie swoje siły. Chciał jak najszybciej podnieść miecz i uciąć głowę brunetce. A potem zabrać się za tamtego gościa.
Jedyne co teraz terzba zrobić , to wykrzesać z siebie siły , zabić brunetkę i zabrać się za tamtego gościa. _________________
 |
|
| Powrót do góry |
|
 |
|