POWER CORE COMBINERS
CRANKCASE and DESTRONS



Przynależność:Decepticon
Transformacja: Ciągnik siodłowy i 4 Drone'y
Rok wydania: 2010
Producent:Hasbro

Tekst: Ulv
Zdjęcia: Wallas
Materiał dodany: 05.12.2010

___

Na polskich drogach śnieg i zamiecie, zaś na półkach sklepów zabawkowych wysyp nowych figurek Transformers od Hasbro. Takiego wyboru transformerów nie było od niepamiętnych czasów, każdy znajdzie coś dla siebie. Odnowione starocie spod szyldu Generations, nowa edycja Bayformers, wydana pod nazwą Hunt for the Decepticons, a na końcu czarny koń stawki - Power Core Combiners.

Tą ostatnią markę postaram się pokrótce opisać. Czerpie ona z tradycji G1, Armady i Energonu, pełnymi garściami zapożyczając znane i sprawdzone rozwiązania. Uważne oko dostrzeże smaczki dla starszych fanów (design i kolorystyka modeli), armadowe Minicony, czy charakterystyczny dla Energonu wielobarwny, transparentny plastik. Ten mariaż został przez producentów okraszony dodatkowym akcentem, który niektórzy recenzenci uważają za ukłon w stronę Generacji Pierwszej - tryb swobodnego i dowolnego upgrade'owania figurek przez dołączanie Drone'ów. Czy ten eklektyzm przekłada się na dobrą zabawkę? Przekonajmy się na przykładzie pięciopaku Crankcase'a i Destronsów.



TRYB POJAZDU


Rdzeń zestawu to Crankcase, recolor PCC Huffera. Paleta barw zastosowana w tej figurce powinna być znana każdemu miłośnikowi Transformers - stanowi wariację na temat kolorystyki Robots In Disguise Scourge'a. Alt mode również jest skąd inąd znajomy. Ile to już razy widzieliśmy czarne ciężarówki z wyodrębnioną komorą silnika?

Ciężarówka jest mała (Power Core'y mają wyjściową wielkość porównywalną z Transformerem klasy duży Scout/mały Deluxe), ale ślicznie wykonana. Wszystkie elementy tworzą spójną całość. Nic nie odstaje, nic się nie majta. Jest naprawdę dobrze.

Z boku już nieco gorzej. Widać pojedyncze elementy stawów i spojenia. Nie ma jednak co narzekać, to naprawdę niewielka figurka, a już gorsze wsady widywało się w modelach wyższej klasy. Wkurza tylko jeden skromny detal - podwozie pojazdu jest krzywe jak nos Steczkowskiej. Coś mi się wydaje, że z taką geometrią zawieszenia Crankcase nie miałby szans na przejście corocznego przeglądu.

O froncie trybu ciężarówki nie ma co się rozwodzić. Sobie jest. Widać dziury, pegi i inne wgłębienia, jednak pretensji do twórców mieć nie można. Gdzieś te zaczepy upchać było trzeba.


Te dziwne sześciany widoczne z tyłu ciężarówki to stawy przeznaczone do upgrade'u. Każdy z nich jest opisany "jak dla debila", nawet małpa poradziłaby sobie bez instrukcji obsługi. Wszystkie Power Core Combinery są wyposażone w taki typ łączenia, niezmiennie w błękitnym kolorze. W Crankcase'ie ta kolorystyka jeszcze nie drażni (z racji lazurowych detali), jednak większość pozostałych modeli ma zupełnie inną paletę barw i niebieskie spoiwa walą po oczach jak nawóz z rozrzutnika gnoju. Tak właśnie oszczędza Hasbro - produkuje jeden element z tego samego rodzaju plastiku i przytwierdza go do wszystkich figurek jak leci, kompletnie nie bacząc na estetykę. Tak nie tworzy się doskonałych zabawek.


Crankcase wraz z kompletem Drone'ów. Żaden z małych pojazdów nie posiada zdolności transformacji, wszystkie mają za to system automatycznej przemiany Automorph. O praktycznym zastosowaniu tego mechanizmu przeczytacie za kilka akapitów. W tym miejscu mała ciekawostka - widoczny na zdjęciu zestaw pojazdów znany jest pod nazwą Destrons, które to określenie jest od lat japońskim odpowiednikiem Decepticonów.


Dwuprowadnicowa wyrzutnia pocisków, z zamontowanym na przedzie pługiem. Tej zimy każdy powinien sobie taki sprawić. Pojazdy nie posiadają choćby jednego punktu artykulacji, więc każde z następujących zdjęć można podsumować krótko i encyklopedycznie: "jaki koń jest każdy widzi."


Helikopter. Jak to helikopter - śmigłem kręci i tyle.


Terenówka jest bodaj najbrzydszym i najbardziej "posiekanym" z Drone'ów. Wieżyczka z gniazdem na Minicona nie dokłada pojazdowi urody.


Szczęśliwie to ostatni Drone w komplecie. Jego kolorystyka najbardziej odstaje od przyjętej w zestawie kompozycji. Tryb samolotu jest, mówiąc delikatnie, dysfunkcjonalny. Po cholerę zamontowano mu ten talerz satelitarny? Cyfrę + sobie ogląda? Wiezie pizzę z dostawą do domu? Nawet nie chce mi się dumać nad tym jak taki spodek wpływa na aerodynamikę i sterowność samolotu. Nie jestem inżynierem, ale mam wrażenie, że ten aeroplan nie poleci lepiej niż TU-154M 10 kwietnia roku 2010.


W języku angielskim słowo "peg" jest bardzo użyteczne, niestety, bardzo kiepsko przekłada się na polską mowę. W fachowej nomenklaturze kolekcjonerów Transformers oznacza ono miejsce umieszczenia broni/upgrade'u. Wystarczy spojrzeć wyżej i zobaczyć jak w praktyce wygląda zastosowanie pega. W zestawie Crankcase'a nie ma Minicona (czego zresztą zupełnie nie rozumiem, gdy patrzę na jego cenę), jednak można go pożyczyć od innej figurki. Jest to zawsze jakiś pomysł na urozmaicenie.


TRYB ROBOTA



Tryb robota jest, jak to zwykle bywa z transformerami, najciekawszą formą figurki. Crankcase to postać mała, schludna i ładna kolorystycznie. Po tej klasie wielkości nie można oczekiwać cudów. Model jest bardzo zachowawczy. W zasadzie wszystkie rozwiązania w nim zastosowane są znane z wcześniejszych serii.


Problem tak stary, jak same transformery - plecy służą za śmietnik (w śląskim zwany także hasiokiem), do którego wrzuca się wszystkie niechciane elementy. Mało jest kolekcjonerów trzymających figurki tyłem do obserwatora (choć to dość nęcący pomysł), więc zazwyczaj w zadniej części modelu ląduje każdy detal psujący kompozycję. Nie inaczej jest i w tym wypadku. Plecy Crankcase'a to skupisko wystających nitów, paneli, szybek, kominków i innych dziwactw designerskich.


Z gęby podobny zupełnie do nikogo. Ani to twarz Autobota, ani Decepticona. Ciężko jest w ogóle zapamiętać oblicze Crankcase'a, widywało się setki takich uniwersalnych mordek. Zresztą, nie ma się czemu dziwić - to perfidny recolor, w dodatku od początku projektowany jako model wielofunkcyjny. Kreatywność kreatywnością, ale oszczędność musi być.


Wystający pępek? Nie, kolejny peg na usadowienie Minicona. W pierwotnej wersji figurki, Hufferze, dało się w tym miejscu zamontować upgrade w postaci "trybu zbroi". Crankcase nie ma Minicona, pępek się ostał.


Uparci mogą próbować przyodziać Crankcase'a w zbroję z wypożyczalni. Jest to kolejna z ciekawych opcji Power Core Combinerów, która służy tylko i wyłącznie dobrej zabawie. Dla dzieciaka odjazd, dla kolekcjonera rzecz mało interesująca.


Wallas został ostatnio fanem nowych stylów tanecznych. Teraz, jak widać, inspiruje się electric boogie. Życzymy sukcesów na zawodach, ale prosimy - nie rób z galerii Tańca z Gwiazdami.


Oryginalny Transformer kontra oryginalna płyta CD, którą podobno ktoś kiedyś włożył do komputera.


Juhas z trzódką na hali. I cała trawa wyżarta.


Nadejszła ta wiekopomna chwila, gdy wszystkie karty lądują na stole. Oto ostateczna forma Crankcase'a, po połączeniu z drużyną Destronów. Każdy z Drone'ów tworzy jedną z kończyn postaci. Niestety, Destroni są przypisani konkretnym miejscom, nie mogą wymieniać się krzyżowo. Tłumacząc na język idiotów - można zamienić rękę z prawej na lewą, ale nie da się usadowić ramienia w miejscu nogi. Drone'y po umieszczeniu ich w systemie połączenia same formują kończyny, stosując system Automorph, czyli automatycznej transformacji. Wszystko odbywa się praktycznie bez udziału człowieka, wystarczy docisnąć.


Jakbym już gdzieś widział tą wstrętną gębę... Alternatywna głowa Crankcase'a jest bardzo mocno wzorowana na G1 Menasorze, co jest miłym ukłonem w stronę fanów. Element został wykonany z dużą dbałością, twarz nadaje figurce złowieszczego charakteru. Dopiero to oblicze ukazuje prawdziwego Decepticona.


Drone'y to najciekawszy element figurki, a jednocześnie jej największa wada. Kończyny starszych gestaltów miały, choćby nawet symboliczną, zdolność transformacji w robota. Power Core Combiners poświęciły tę umiejętność tylko i wyłącznie dla Automorpha.


Kończyny nie posiadają żadnej artykulacji. Po osadzeniu na stawie przybierają domyślną postać i na tym koniec. Jedyna opcja zmiany ich położenia to obracanie łącznikami wbudowanymi w podstawową figurkę. Same Drone'y nie posiadają jakiejkolwiek możliwości ruchu, czy zmiany ustalonej pozycji. Co więcej, nie da się nawet kontrolować ustawienia stóp, więc można zapomnieć o zmianie środka ciężkości figurki. W tym miejscu daruję sobie głębsze refleksje, przemyślenia na ten temat przedstawię pod koniec recenzji.


Energon Optimus Prime to najbliższy krewniak Power Core Combinerów. Korzysta z bardzo podobnych rozwiązań - również jego kończyny tworzą Drone'y. W zestawieniu obu systemów PCC wypada jednak słabo jak anemik na zawodach Strong Manów. Upgrade Optimusa jest dalece bardziej artykułowalny (choć należałoby powiedzieć "w ogóle artykułowalny"), skomplikowany i użyteczny. Po rozbudowaniu lider Autobotów staje się zupełnie nową figurką, podczas gdy Crankcase jest tylko większy. No i jego druga głowa nie wygląda głupio. Wszystko w imię zasady: "po pierwsze - zwiększ masę."


I tyle po artykulacji. Masa niby jest, ale co z rzeźbą?


Śmiercionośne szczypanie suta!


Nie zmienił bajery. Więc go wynieśli.

 


Pogadałem, pośmialiśmy się, fajnie było, ale jaki z tego morał?


Podsumowanie tyczyć się będzie nie tylko Crankcase'a, ale także każdego innego Power Core Combinera, bo wszystkie figurki dzielą niemal identyczne wady i zalety:


Jest kilka typów transformerów: ekskluzywne, kolekcjonerskie, kolekcjonersko-zabawkowe, a w końcu przeznaczone typowo dla dzieci. PCC zalicza się do ostatniej grupy. Figurki te nie mają żadnej wartości kolekcjonerskiej, z punktu widzenia zbieracza sprawdzą się wyłącznie jako stojak na browara (chyba, że ktoś bardzo lubi nowości i śpi na kasie). Za te pieniądze można kupić znacznie lepsze i po stokroć ciekawsze modele. Nawiązania do klasyki są ciekawe. Power Core Combiners korzysta z wielu fajnych i sprawdzonych rozwiązań, ale wszystkie one zostały uproszczone do wersji "dla idioty". Jako kolekcjoner nie widzę w tych figurkach nic porywającego i muszę Crankcase'owi podziękować Ulvomordką wściekłą jak sam członek syn nierządnicy.

Z drugiej jednak strony - wciąż jestem dzieckiem. Jasne, trochę wyrosłem, stałem się bardziej wymagający, jednak tkwi we mnie mały szczun, który lubi fajne zabawki. I właśnie to głęboko ukryte dziecko cieszyło się z nowej figurki. Kolekcjoner ze wściekłości toczył pianę, dzieciak podłączał i odłączał Drone'y, transformował Crankcase'a dwadzieścia razy z uśmiechem na ustach. Cieszyłem się jak głupek z kostki sera i cieszę się nawet teraz. Jako rodzic kupiłbym tę figurkę swojemu dziecku, jest prosta i radosna, co bardzo doceniam. Niestety, pięciopaki PCC mają jedną, zasadniczą wadę - zaporową cenę. Jeśli kogoś nie odstrasza konieczność wyłożenia stu złotych z naddatkiem, by sprawić latorośli radość, może maszerować do sklepu i kupić Crankcase'a. Dziecko będzie zachwycone. Moje młodsze "ja" wystawia Crankcase'owi ocenę wielce uradowanej Ulvomordki.


 

KONIEC


Powrót do strony głównej