TRANSFORMERS CLASSICS
RODIMUS


Przynależność:Autobot
Transformacja: Samochód wyścigowy
Rok wydania: 2006
Producent: Hasbro

Tekst: Ulv
Zdjęcia: Wallas

___

Mały pech to urodzić się rudym. Średni pech to alergia na wodę. Duży pech to przegrać wszystkie oszczędności w totolotku. Być pierwszoplanową postacią pełnometrażowego filmu, dowódcą Autobotów i w ciągu 25 lat mieć na koncie tylko jedną dobrą figurkę - to pech epicki.

Seria Classics miała odczynić klątwę miernoty ciążącą na Generacji Pierwszej, ubrać starych bohaterów w nowe szaty, uszyte współczesną miarą. Hasbro wybrało kilku herosów, którzy mieli założyć świeże mundurki, każdemu krawiec dziergał ubranie na miarę, przy użyciu tych samych materiałów. Jedne stroje wyszły wzorowo i reprezentacyjnie, jak nowy garnitur Mirage'a, inne pozwoliły wtopić się w tłum, tylko jednego nieszczęśnika krawiec ubrał w zgrzebny wór na kartofle przewiązany rzemiennym splotem. Zgadnijcie kto był tym pechowcem?


TRYB POJAZDU

Rodimus miał niefart nie tylko na polu figurek, również prawo nie sprzyjało tej postaci, zmuszając ją do zmiany imienia. Niegdyś ów młody, lekkomyślny Transformer był znany jako Hot Rod, co było szczególnie adekwatne, jeśli weźmie się pod uwagę jego tryb pojazdu. Otóż Rodimus zmienia się w. Hot Roda.

Niektórzy mogą w tym momencie zapytać - czym do diabła jest Hot Rod? Spieszę z wyjaśnieniem - są to samochody sportowe, przerabiane w celu zwiększenia osiągów i wyróżnienia się w gąszczu aut. Ten typ pojazdów nie pełni funkcji użytkowej, więc z Hot Rodów usuwa się wszystkie zbędne elementy, min. zderzaki, dachy, maski itp. Charakterystyczne dla takich aut jest eksponowanie mechaniki, stąd bardzo często twórcy wywlekają na wierzch silnik. W celu podkreślenia indywidualnego charakteru, nadwozie maluje się na soczyste kolory, ozdabiając lakier motywami płomieni, błyskawic i tym podobnymi.

Tryb pojazdu Rodimusa utrzymany jest w takim właśnie klimacie - wiejski tuning, wszechobecne spojlery, wyglądający spod maski silnik i wymalowane wokół niego płomienie. Wieś śpiewa, wieś tańczy, wieś jeździ. Oczywiście bez tłumika.

Forma Hot Roda (samochodu, nie postaci) nawiązuje bezpośrednio do tego, co można było zobaczyć w filmie Transformers z 1986 roku. Futurystyczne zacięcie, ostra sylwetka, alufelgi wielkości koła do traktora, wywleczony na wierzch układ wydechowy i wszechobecne płomienie. O właścicielach takich samochodów zwykło się myśleć jak o zakompleksionych chłopcach, którzy rekompensują sobie fizyczne niedostatki. Co jednak myśleć o gościu, którego integralną częścią jest szpanerskie auto?


Rzućmy okiem na tył samochodu. Charakterystyczna butla wystająca spod spojlera to nic innego jak napęd nitro. Czego innego można się było spodziewać po takim samochodzie? W tym ujęciu idealnie widać wiejskość ospojlerowania trybu pojazdu - tylna owiewka jest wręcz gigantyczna, wygląda jak zamontowany szybowiec. Niestety, Rodimus nie zdążył odwiedzić lakiernika przed sesją do tej galerii, dlatego niektóre elementy tuningowe są wciąż w fabrycznym kolorze.


Rzut na profil wozu ujawnia szpecące cięcia w sylwetce. Blacharka również nie została jeszcze wykończona, przydałoby się te dziury zatuszować szpachlą blacharską. Każdy polski kierowca wie również, że z tak dramatycznie niskim zawieszeniem nie da się poruszać po lokalnych drogach - pierwsza dziura i miska olejowa ląduje na asfalcie. Sylwetka auta wygląda zacnie, profil jest ostry, opływowy, w kształcie grotu strzały, pomimo futurystycznego zacięcia, samochód ma oldschoolowy charakter. Warto podkreślić, że zdjęcie podkreśla wady modelu. W rzeczywistości przerwy w strukturze nadwozia nie są aż tak widoczne.


Maska to kawał dobrego tuningu - głowica silnika góruje nad blaszaną okrywą, okalają ją mieniące się brokatem płomienie. Całość wygląda nieco prowincjonalnie, ale ostatecznie nikt nie każe nam takim autem jeździć po mieście.


Ponownie zaglądamy na tyły pojazdu, gdzie spomiędzy nadwozia wystaje wspomniane już nitro. Butla dobrze się komponuje, wydech napędu jest wykonany z dużą dbałością o detal, elementy ze sobą współgrają, podkreślając łechcące oko drobiazgi, jak obecność świateł pozycyjnych i stopu.


Spojler, jak już wspominałem, to nie byle co. Żyłem w przekonaniu, że Rodimus zmienia się w samochód, ale im dłużej nad tym myślę, tym większe wątpliwości zaczynają mnie nachodzić - może to jednak jest samolot z kółkami? Gabaryt spojlera jest straszliwy i przytłaczający, taki tuning może robić wrażenie tylko na obrzeżach Rosji. Abstrahując od estetyki pojazdu, warto zwrócić uwagę na naklejkę zdobiącą dach Rodimusa. Szczególnie starsi fani docenią to subtelne nawiązanie do pierwszych serii Transformers, w których przytarcie czarnego kwadratu palcem było jedynym sposobem identyfikacji przynależności bohatera do frakcji.


Transparentna szyba przednia ujawnia dbałość, z którą zostało zaprojektowane wnętrze samochodu. Fotele, choć wykonane z plastiku, dobrze udają skórę, widoczny jest także kokpit pojazdu i kierownica. Pieczołowicie oddane detale wcale nie są taką oczywistością w świecie Transformers, wielokrotnie kolekcjonerzy byli oszukiwani przez projektantów, którzy unikali przezroczystych materiałów, obnażających niechlujstwo wykonania i lenistwo twórców.


Niestety, nie wszystko zostało wykonane idealnie. Choć większość elementów konstrukcji prawdziwego samochodu znalazła swój odpowiednik w trybie pojazdu Rodimusa, kilka detali zostało potraktowane po macoszemu, czego najlepszym przykładem są przednie światła. Zabawkowy odpowiednik przednich lamp to nic innego jak upstrzona brokatem farba. Brak kontur dodatkowo kontrastuje z obrysowanymi czarną linią płomieniami, kompletnie psując estetykę frontu samochodu. Podobne niedbalstwo jest karygodne i psuje dotychczas pozytywne wrażenia. Wbrew temu, co może się wydawać, odlanie elementów z przezroczystego plastiku wcale nie zwiększyłoby kosztów produkcji, a z pewnością poprawiłoby wygląd nadwozia. Wielka szkoda, że prowizorka i pozorna oszczędność tak dalece determinują rynek zabawkarski.


Sylwetka samochodu prezentuje się bardzo ładnie, auto jest smukłe i ostre jednocześnie, niestety, odbiór psują te niechlujnie nagryzmolone nieszczęsne przednie lampy, dodatkowo podkreślane przez transparentną przednią szybę. Poza tą krzywdzącą niedoróbką, większość elementów wygląda imponująco. Niemal każdy detal jest pomalowany i odznacza się fakturą, czego najlepszym przykładem są felgi kół.


Przegląd zamyka ostatnie zbliżenie na wydech napędu nitro, tym razem uruchomionego. Układ wieńczy błękitny płomień, na końcu którego widać wyraźnie kuliste zgrubienie. Wbrew pozorom, owa szpecąca kulka ma swoje zastosowanie. Jak większość z Was wie, producenci zabawek mają nas, odbiorców ich produktów, za kompletnych idiotów, którzy przy pierwszej nadarzającej się okazji wepchną sobie figurkę do gardła, małe elementy spróbują usadowić w tyłku, a każdy element strzelający wycelują w oko. W celu uniknięcia pozwów ze strony zrozpaczonych matek durnych dzieci, wszystkie potencjalnie groźne dla zdrowia pierwiastki figurki zostały przystosowane jako przyjazne dla debili. Taka polityka uwłacza inteligencji konsumenta, a przede wszystkim estetyce. Jeszcze kilka dobrych lat temu dzieci bawiły się drewnianymi klockami, mieczami, pistoletami na strzałki-przyssawki, czy Transformersami z ostrymi niczym brzytwa krawędziami. Dzisiaj jesteśmy traktowani jak stado matołów, otaczający nas świat coraz częściej jest owijany w miękką wykładzinę, uniemożliwiającą zrobienie sobie krzywdy. I jest to prawda dotycząca nie tylko zabawek dla dzieci - kupowane przez nas samochody mają 20 poduszek powietrznych, do których zamontowania producent jest prawnie zobligowany, wbudowane ograniczenie prędkości, system ABS, ESP i inne tym podobne, wszystko dla zapewnienia nam bezpieczeństwa. A gdzie miejsce na wolną wolę, na swobodę wychowania? Kilka miesięcy temu widziałem kulki z literkami w pudełku z napisem "klocki przyjazne dzieciom". Dla producentów konsument jest debilem, a ta mała kuleczka na końcu płomienia to symbol upokorzenia, które stało się naszym udziałem


Instruktaż spożycia, znany także pod nazwą "Z Czym To Się Je" - czyli Rodimus w zestawieniu z figurkami pokrewnymi. Hot Rodowa ciężarówka stojąca obok znanego ze wcześniejszych zdjęć Rodimusa to jego imiennik z serii Energon. Podobieństwa i różnice pomiędzy pojazdami są dość wyraźne, wciąż jednak godne wypunktowania. Kolorystyka Klasyka jest niemalże identyczna, energonowy krewniak posiada znacznie lepsze malowanie, farba mieni się kolorem złotym, podczas gdy u jego następcy płomienie są wyraźnie żółtawe. Postępem jest opiewana wcześniej transparentna szyba, sam design pojazdu idzie jednak krok wstecz. Energon Rodimus wygląda futurystycznie i prezentuje większy stopień komplikacji, wykorzystana w tym modelu paleta kolorystyczna jest znacznie bardziej oszczędna, dzięki czemu mniej razi. Również spojler ciężarówki wygląda mniej rażąco, przynajmniej udaje, że służy czemuś poza nadaniem pojazdowi bardziej imponującego wyglądu. Oba wozy posiadają napęd nitro, przy czym Classics Rodimus znacznie lepiej ukrywa ten subtelny detal. Również wykonanie butli i płomienia w wersji klasycznej prezentuje się zacniej.


Kolejne zestawienie porównuje Rodimusa z reinkarnacją Mirage'a z serii Classics. Jak widać, w obu pojazdach zastosowano podobne rozwiązania - przezroczyste szyby, pocięte nadwozie, zdradzające ukryty tryb robota. Oba Klasyki prezentują zbliżony poziom detali i estetykę malowania. Miłośnicy wielkich pomarańczowych spojlerów z pewnością docenią rozmiar oprzyrządowania Rodimusa w zestawieniu z marną owiewką samochodu Formuły 1. Na tuning nie ma mocnych, lans być musi!

 

 


TRANSFORMACJA


TRYB ROBOTA

Oto jego cementowa wysokość, przyszły przywódca Autobetonów, Rodimus, zwany także Klockiem.


Zdjęcie obnaża największy grzech twórców tego modelu - wszystkie zalety alt mode'u wróciły, by dać trybowi robota siarczysty cios w pysk. Jednolita sylwetka nadwozia samochodu po transformacji staje się zlepkiem topornych płaszczyzn, prostackich klocków, które design Rodimusa upodabniają do człowieczka ubranego w związane ze sobą kartonowe pudła. Współczesny Don Kichot, ubrany w plastikową zbroję ordynarny zbitek kilku masywnych segmentów, pozbawiony formy i kształtu, tak oto zrewolucjonizowano model sprzed 25 lat.


Przód figurki prezentuje się nienajlepiej, jednak z tyłu widzimy pełnowartościowy dramat z rozpiską na akty. Plecy Rodimusa to gigantyczny garb z przycumowanym samolotem. Grzbiet figurki wygląda jak stary, ruski plecak na stelażu, do którego zapobiegliwy harcerz spakował rozłożona paralotnię. Jedyny plus tego designu to dziura na środku pleców, do której można zamontować wspomnianą wcześniej butlę nitro, takie połączenie bardzo zgrabnie udaje plecak rakietowy. Plecy figurki wyglądają bardzo nieciekawie, przy ich tworzeniu projektanci poszli na łatwiznę, umieszczając duży element karoserii wozu w miejscu, jakby się mogło wydawać, neutralnym. Niestety, takie rozwiązanie mści się na pozowalności i artykulacji Rodimusa.


Twarz modelu wygląda z jednej strony świetnie, z drugiej kompletnie nie oddaje charakteru przedstawionej postaci. Rodimus w mitologii Transformers słynął z młodzieńczego wigoru, lekkomyślności i niedojrzałości, próżno szukać tych cech w obliczu ilustrującej go figurki. Projektanci nadali zabawce fizjonomię zacietrzewionego rozbójnika, któremu koledzy z gangu nasikali do butów. Twarz Rodimusa jest smętna, zapiekła i antypatyczna, kojarzy się bardziej z doświadczonym żołdakiem, niż nierozważnym żółtodziobem. Jednocześnie trzeba oddać designerom, że z plastycznego punktu widzenia wykonali kawał dobrej roboty. Projekt głowy figurki wygląda estetycznie, został zaprojektowany szczegółowo, choć detale zanikają w jednolitej masie wiśniowego plastiku. Oczy Rodimusa są niebieskie i można je podświetlić rzucając światło na tył jego kasku. Pomysł ten jest stary jak brud, ale wciąż świetnie się sprawdza.


Tryb robota składa się z ogromnych płatów nadwozia samochodu, przez co figurka wygląda prostacko i staje się nieartykułowalna. Przód auta tworzy klatkę piersiową Rodimusa, czyniąc model bardziej korpulentnym i topornym. Projektanci nawet nie próbowali ukryć pochodzenia elementów składających się na korpus figurki. Zabawka prezentuje się jak radosna twórczość pracownika szrotu, który zgiął i zespawał auto w ekwilibrystyczny sposób. Z masywnym torsem kontrastują rachityczne, puste w środku ramionka. Wrażenie to pogłębia się jeszcze bardziej w kontakcie organoleptycznym. Ręce figurki są bardzo lekkie i pozbawione artykulacji. Można wręcz odnieść wrażenie, że twórcy nawet nie starali się stworzyć porządnej zabawki. Ramiona osadzone są na dość szczodrym stawie, jednak nie można ich unieść w górę z powodu osadzonego na grzbiecie kokpitu. Zakres ruchu kończyn górnych jest bardzo skromny. We współczesnym zabawkarstwie taka artykulacja jest niedopuszczalna, szczególnie w modelu o profilu kolekcjonerskim. Ręce Rodimusa mają artykulację zbliżoną do protoplasty figurki z roku 1986. Czy naprawdę przez te 25 lat staliśmy w miejscu?


Nogi figurki wyglądają straszliwie, choć zakresem ruchu biją górne części ciała ciosem Tysona. Uda Rodimusa łączą się w stawie kolanowym z przypominającymi cegły kostkami, które w zamierzeniu mają udawać łydki. Te masywne prostopadłościany nadają figurce całkiem dobrą stabilność, jednak ich gabaryt praktycznie uniemożliwia artykulację. Na tym jednak nie koniec. Wspomniałem wcześniej, że wszystkie walory trybu pojazdu mszczą się na nieszczęsnym Rodimusie w formie robota, artykulacja nóg figurki jest jednym z przejawów tego rewanżu. Widoczne po zewnętrznych stronach ud figurki panele uniemożliwiają rozchylenie kończyn dolnych. Poza widoczna na zdjęciu to forma najbliższa szpagatowi, jaką uda nam się uzyskać. Nogi modelu są blokowane z każdej strony - na płaszczyźnie horyzontalnej przez płytki na udach, na wertykalnej zaś ruch uniemożliwia gigantyczny garb na plecach i niestarannie wykonane krocze. Rodimus ma stawy 70 letniego reumatyka z niedowładem wszystkich kończyn, praktycznie nie może się poruszać. Figurka jest niepełnowartościowa z punktu widzenia zarówno dziecka, jak i kolekcjonera. Nie da się tym klockiem ani bawić, ani ustawić go na półce w zapierającej dech pozie. Oto zabawka, która powstała dla nikogo i kompletnie bez celu.


Z profilu figurka wygląda jak osinowy kołek ubabrany sokiem z wiśni. Zlana masa nachodzących na siebie paneli czyni z Rodimusa jednolitą strukturę, przypominającą bardziej drzwi frontowe, niż cud współczesnej techniki zabawkarskiej. Twórcy figurki zakpili sobie z odbiorców, ten model powinien być prezentowany jako wzór dla następnych pokoleń designerów figurek akcji, który uświadomi w jaki sposób nie powinno się robić zabawek. Prostactwo i lenistwo, okraszone chorobliwą oszczędnością, zarówno w myśleniu, projektowaniu, jak i materiale. Rodimusowi brak wszystkiego - artykulacji, pomysłu, sznytu. Właściwie niewiele różni się od oryginalnego Hot Roda z Generacji Pierwszej. Twórcy figurki wykorzystali wszystkie patenty pierwowzoru, nie wykazali się choćby krztyną innowacyjności, oddali nam zabawkę pozbawioną klimatu i charakteru postaci, zakpili z nas wyciągając ręce po zawartość naszych portfeli w tak bezczelny sposób. W 1986 roku otrzymaliśmy jednego z najciekawszych Transformerów Generacji Pierwszej, w 2007 ten sam kotlet odgrzano w najnowocześniejszej mikrofalówce i zaproponowano nam go ponownie, w gorszej panierce, nie bacząc na to, że zdążyliśmy się rozsmakować w potrawach znacznie bardziej wyrafinowanych. Nienawidzę, kiedy ktoś próbuje grać na moich emocjach okradając mnie z dziecięcych sentymentów, a tego właśnie dopuściło się Hasbro/Takara wydając na rynek Classics Rodimusa.


Test pozowalności, o której właściwie wszystko zostało już powiedziane. Oto maksymalny zakres ruchu wszystkich kończyn Rodimusa, popis możliwości designerów z pierwszej dekady XXI wieku.


Stosując kilka drobnych oszustw ramiona figurki można unieść powyżej poziomu głowy, stosując optyczne iluzje da się także poprawić estetykę modelu, odrywając pojedyncze panele. Niestety, to tylko dym i lustra, Rodimus nigdy nie będzie prezentował się na półce równie korzystnie, jak na powyższej fotografii. Optyka obiektywu może na chwilę zwieść wprawne oko, nie uczyni jednak ze słabej zabawki obiektu pożądania kolekcjonerów.


Być może najciekawsze rozwiązanie w designie Rodimusa - znana z pełnometrażowej kreskówki piła tarczowa, sprytnie ukryta w przedramieniu figurki. Choć jest to godna podziwu próba nawiązania do klasyki Transformers, również ona została zniweczona niechlujstwem. Kawałek plastiku wystający z rękawa Rodimusa miał udawać piłę, tymczasem wygląda jak packa do przewracania naleśników na patelni. Prędzej udałoby się takim urządzeniem wymieszać makaron w garnku, niż pociąć wroga na plasterki.


Butla nitro ukryta w bagażniku trybu pojazdu to nic innego jak broń dzielnego klocka, śmiercionośna wyrzutnia pocisków. Wygląd i zastosowanie tego oręża jest bardzo interesujące, ostrym cięciem odcina się od miernoty całej figurki. Rzadko kiedy mamy do czynienia z równie niesztampową bronią oddaną do ręki Transformera. Nitro pojazdu staje się w dłoniach robota miotaczem płomieni, wyjątkowo bajeranckim urządzeniem


Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, efekt końcowy kompletnie psuje nijakość właściciela broni. Uzbrojony Rodimus wygląda jak spawacz stoczniowy, miotacz jest przezeń trzymany nieporadnie, nieartykułowalny robot nie radzi sobie z godnym przedstawieniem swej broni.


"Jak ten gość to robi, że wygląda tak zacnie" - chciałby pewnie zapytać Classics Rodimus. Jego imiennik z Energonu ma swoje wady, oczywiście, wystarczy spojrzeć na te szczudła, które służą mu za nogi, jednak ogólną prezencją i dostojeństwem stawia Klasyka w bardzo niekorzystnym świetle. Gabaryt Energon Rodimusa przysługuje się również przy prezentacji oręża. Uzbrojenie obu figurek jest dość podobne, jednak to Classics wygląda jak lichej postury robotnik, któremu brygadzista kazał pracować na akord. Spawarka nowego Rodimusa jest zbyt duża w stosunku do całego modelu, przywodzi na myśl bardziej laskę niż broń.


Niesamowite modele z serii Classics i Rodimus. Przy nowych wersjach swoich autobockich kompanów Hot Rod wygląda jak stetryczały kmiotek. Podły wzrost i licha prezencja poddaje pod wątpliwość pochodzenie Rodimusa. O ile Mirage i Optimus wyglądają jak produkt jednej fabryki, o tyle trzecia postać prezentuje się jakby zrobiono ją z odrzutów.


Rodimus wygląda wcale niekiepsko w formie samochodu, jednak (pisałem to już kilka razy, lecz nie zawadzi powtórzyć) większość zalet trybu alternatywnego mści się w formie robota. Można uznać, że taka jest kolej rzeczy, że nie można mieć wszystkiego. Czyżby? Porównajmy zatem kiepskiego robota zmieniającego się w całkiem fajne auto z bardzo dobrym robotem, który przeobraża się w idealne auto. Jest różnica, prawda? Da się upchać wszystko w jednym? Oczywiście, że się da, wystarczy tylko chcieć. Przy tworzeniu Rodimusa komuś się wybitnie nie chciało. Oczywiście, Alternators Grimlock jest o wiele większy i bardziej masywny, jednak nie wszystkie zastosowane przy jego produkcji rozwiązania są zależne od rozmiaru figurki. Dobry projekt to podstawa przy tworzeniu porządnej zabawki. Rodimus wygląda źle i na papierze i w plastiku, to właśnie najbardziej irytuje świadomego konsumenta.

Na koniec, tradycyjnie, zabawny fotokomiks.


Nie wszyscy lubią czytać, niektórych bolą oczka, znaczna część użytkowników strony to analfabeci, dokonajmy zatem krótkiego podsumowania, żeby nikt nie czuł się w powyższym tekście zagubiony.

Rodimus nie jest sensu stricte złą figurką, raczej modelem pechowym, który trafił do nieodpowiedniej serii, w nieodpowiednim momencie. Przed wypuszczeniem na rynek Classics, taka wersja Hot Roda byłaby marzeniem fanów, jednak los chciał, że konsumenci dostali szansę porównania jej z wieloma innymi, znacznie lepszymi, a sygnowanymi tym samym logo serii. Na takim tle nie dało się przeoczyć błędów i wypaczeń. Wiele wad, na które być może przymknąłbym oko w normalnych okolicznościach, została w Klasykach bezlitośnie obnażona, ofiarą tej nagłej iluminacji stał się nieszczęsny Hot Rod. Wciąż czeka on na godną swej roli figurkę, lecz nic nie wskazuje na to, by jego zła passa miała się odmienić. Owszem, Rodimus został zapowiedziany jako nowy Masterpiece, jednak zastanówmy się - ile osób w Polsce kupuje Masterpiece'y? Póki co żadna seria komercyjna nie zapowiada odświeżenia wizerunku Hot Roda, co jest wielką pomyłką i blamażem.


Ocena końcowa - zacietrzewiona Ulvomordka, którą irytuje miernota i przeciętność.

 

KONIEC


Powrót do strony głównej