
Seria: Super Dimension Fortress Macross The Movie: Do You Remember Love?
Skala: 1:48
Wariant: Skull Squadron Leader, Roy Focker
Rok wydania: 2003
Producent: Yamato
No to się porobiło... Wallas wrzucił na stronę o TFach coś co TFem nie jest... to znaczy jest, ale w sensie gatunku zabawki... kurde, słowo zabawka nie pasuje do tego gościa, zabawka, w znaczeniu obiektu do zabawy dla dziecka, nie kosztuje ponad 100 dolarów i nie trzeba jej ściągać z Japonii. To już raczej model kolekcjonerski. I to bardzo wypasiony model kolekcjonerski.

VF-1S to oparty na F-14 Tomcat myśliwiec zmienny (ang, jap. Variable Fighter) z ubóstwianej przeze mnie sagi Macross. To co widzicie powyżej to wypadkowa długiej drogi, jaką przebyli kolejni producenci tego pojazdu, drogi, w trakcie której każdy przystanek owocował kolejnymi ulepszeniami designu. Aż w końcu dostaliśmy takie "cuś", firmy Yamato, która w półświatku fanów wielkich robotów (a ja dumnie się do nich zaliczam) znana jest ze swoich replik Macrossowskich maszyn. Bardziej szczegółowe informacje na temat historii tej maszynki chyba sobie daruję, nie chcę nikomu za bardzo robić zupy z mózgu zalewając kolejnymi detalami kręcącymi tylko i wyłącznie fanów Macrossa :D W każdym razie, Jedynka (tak, niektórzy fani mówią o poszczególnych pojazdach ich numerami... jakby VF-1S nie było wystarczającym skrótem myślowym) to kawał ślicznego myśliwca i do tego jest wyposażona w kilka bajerków, których nawet ja się nie spodziewałem.

Nie wiem, co mnie urzeka bardziej, ogólny design tego samolotu, czy to, że wcale nie czuć od niego klimatu trójzmiennego mecha bojowego. To nawet dobrze, bo z założenia VFy są głównie samolotami, a pozostałe dwa tryby jakie posiadają mają charakter pomocniczy. Shoji Kawamori (tak, to ten pan co zaprojektował MP Starscreama) spisał się tu na medal, zresztą ten design otworzył mu drzwi do kariery. Ciekawostka: jak pewnie widzicie powyżej, tak samo jak swój protoplasta, F-14, VF-1S posiada zmienną geometrię skrzydeł. Jak również nietypowe tyle stery... O tym jeszcze wspomnę przy innym zdjęciu ^^

Rzut z profilu. Opływowa, niemal idealna sylwetka maszyny latającej. I do tego pełne detali poszycie... niech ktoś mi da śliniaczek, póki jeszcze nie jest za późno...

Troszkę inny rzut. No po prostu brak mi słów na to cacko.

Dziób jaki jest, każdy widzi, niemniej tutaj chciałem raczej wytłumaczyć te dziwne przerwy w czarnym pasku. Wszystko jest w porządku, tylko właściciel tej Jedynki (tak, jest pożyczona od Broken Fanga, ja jeszcze się nie zdecydowałem którego VFa chcę sobie kupić, choć ostatnio mam coraz większą ochotę na takiego jednego ) z tylko sobie znanego powodu nie ponaklejał na myśliwiec żadnego z wielu dostępnych w pakiecie oznaczeń. Może nie mógł się na żadne zdecydować :P

Oczywiście, co to byłby za myśliwiec gdyby kokpit się nie otwierał. A ten tu odsłania całkiem wiernie odwzorowaną kabinę, w której nawet siedzi sam Roy Focker, osławiony na pokładzie tytułowego super-okrętu Macross miłośnik kobiet i dobrego alkoholu (jak widać styl życia nie przeszkadza mu być najlepszym pilotem na statku :P), który pilotował VF-1S przez większość serii.

Jednak co mnie rozbroiło, figurka Fockera (wykonana bodajże z twardej gumy) jest wyczepialna. Detale, jak na takie rozmiary, są niczego sobie, a i nawet proporcje ciała ma w porządku (piloci pierwszych VFów Yamato, w skali 1:72, nie mieli tyle szcześcia). Oczywiście, jest zablokowany w tej pozycji i posiada pozowalność równą zeru, ale i tak go lubię.

I po jego wyjęciu widzimy jeszcze więcej detali. Kurcze, a to mi niespodzianka... warto zwrócić uwagę, że te lufy wystające pod kabiną zamontowane są na głowie trzeciego trybu tej maszyny i są w pełni sprawną bronią w każdym trybie jednostki.

Już nawet fakt, że dziób się odczepia, by odsłonić radar, mnie nie dziwi. Talerz się rusza w górę i w dół, ale osobiście radar u MP Stara przypadł mi do gustu bardziej.

Kolejna miła ciekawostka to hamulec aerodynamiczny. Jest mały (tak z połowa powierzchni hamulców choćby u F-15), ale nadrabia to samym faktem swojego istnienia, jak również ślicznymi detalami.

I teraz przechodzimy do osobliwej kwestii, czyli tylnych sterów. Pierwsze co się rzuca w oczy- pozorny brak sterów pionu. Niezbyt praktyczne, wydawałoby się, jednak z racji zamontowania tu czterech ukośnych sterów, zakładam, że odpowiednio je ustawiając można spokojnie sterować myśliwcem na wszystkie strony. Z innych elementów godnych uwagi, trupia czacha na sterach to logo eskadry Fockera (znowu za bardzo chyba zakładam, że ktokolwiek z czytających może nie znać znaczenia słowa "skull").

Wloty powietrza to kolejny sympatyczny dodatek. W serialu posiadały specjalne klapy, które je zasklepiały w trybie robota i podczas walki w kosmosie (jeśli jeszcze o tym nie wspomniałem, wszystkie VFy mają hermetyczne kabiny i są przystosowane do walki w próżni). Tutaj są one doczepianymi elementami i jest to jedyny element, który może podważać idealnie odwzorowaną transformację tego samolotu.

Główne dysze silników nie są już tak dobrze zrobione (wyraźnie widać poziomą krechę przecinającą wyloty), ale wynika to z transformacji Valkyrii (kolejna rzecz, której zapomniałem wcześniej powiedzieć- każdy Variable Fighter ma własny pseudonim, więc pełna nazwa tego typu maszyny to VF-1 Valkyrie, żeby było smieszniej, pseudonim tego samolotu stał się standardowym określeniem na każdego innego VFa). Dysze są tyle dobrze zbudowane, że da się je skokowo wysuwać do tyłu, dając im możliwość poruszania się w górę i w dół, co znacznie zwiększa możliwości manewrowe pojazdu. Kolejna miła sprawa to sprytne zamaskowanie ramion robota schowanych między jego nogami/ silnikami maszyny. Ktoś kto wie, że VF-1 jest trójzmienny od razu powie, co gdzie jest, ale jeśli się tego nie wie, może być to nieco mniej oczywiste.

Teraz czad na podwozie, oczywście pełne detali (łącznie z przeginającym wszelkie granice czarnym kablem idącym do gumowych kół). Rama całego podwozia jest z die-castu. Warto też docenić umieszczenie zaczepu do katapulty dla myśliwców (znajdziecie takie coś na lotniskowcach, dzięki temu samolot znacznie łatwiej uzyskuje prędkość potrzebną do wzlotu).

Tylne podwozie charakteryzuje podobna budowa, jednak jest minimalnie bardziej upierdliwe do wyjęcia- jego potrójne klapy (każda otwiera się w inną stronę) najlepiej podważać paznokciami, co nie zawsze wychodzi ^^

VF-1 w trybie transportowym. O ile mnie pamięć nie myli, w takim ustawieniu Valkirie wchodzą też w atmosferę gdy muszą samodzielnie wrócić na planetę.

Kolejny rozbrajający element- ruchome stery pionu w skrzydłach.

Mały zerk na podwozie pozbawi każdego wszelkich złudzeń na temat charakteru tego samolotu, zwłaszcza głowa robota za przednim podwoziem. Mimo wszystko, gdyby pochować koła do ich schowków, byłoby tu całkiem schludnie.

To co widzicie powyżej to Gunpod, główna broń pokładowa każdej Valkyrii. Trójlufowa, szybkostrzelna i do tego w pełni funkcjonalna w każdym z trzech trybów naszego VFa. Ciekawostką było umieszczenie dodatkowej lampy sygnalizacyjnej na górze (chyba że to dalmierz systemu celowniczego, ale kto tam to wie).

Oczywiście, czym byłby myśliwiec bez broni dalekiego zasięgu :) VF-1 standardowo ma na wyposażeniu rakiety, grupowane trójkami na zwykłym stelażu. Do tego dochodzą mikrorakiety umieszczone w specjalnej kasecie, sztuk piętnaście w każdej. Dodam, że w przypadku stelaża wszystkie trzy pociski są wyczepialne. Standardowo, oba typy pocisków występują w liczbie po cztery (co w sumie daje nam 12 rakiet lub 60 mikrorakiet na Valkirię) na zestaw.

Broken dał mi do zabawy po dwa zestawy każdego rodzaju, więc akurat mogę pokazać jak wszystko "leży" na myśliwcu za jednym zamachem. A teraz czas na kolejną niespodziankę- rakiety mocuje się pod skrzydłami w bardziej wyrafinowany sposób niż mogłoby się wydawać. Na pierwszy rzut oka mamy tu zwykły zaczep. Ale kto zacznie mocować rakiety powoli, jeżdząc zaczepami po krawędziach gniazd w skrzydłach, odkryje, że w zaczepach i skrzydłach są miniaturowe magnesy (sic!), które poprawiają chwyt. "-To bluźnierstwo! To szaleństwo! - Szaleństwo? To. Jest. YAMATO!!!" :D

VF-1S kontra F-15. Zwracam uwagę na różnicę w skali (1:48 po lewej i 1:60 po prawej). Który ładniejszy, trudno ocenić, zwłaszcza, że oba podchodzą pod zupełnie różne kategorie samolotów.

Valkiria kontra Jetifre, którego pierwsza wersja z G1 była niczym innym jak przekolorowanym VF-1S w skali 1:55 firmy Takatoku (a potem i Bandai). Wersja Classic wyraźnie zmiksowała się z wersją telewizyjną Jeta, ale wpływ Valkirii wciąż jest widoczny.

Czas na tryb GERWALKa, a właściwie 'Ground Effective Reinforcement of Winged Armament with Locomotive Knee-joint'. Ta osobliwa hybryda myśliwca i robota ,która początkowo zaczynała jako nogi robota nie trzymające się na miejscu w trybie myśliwca, jest jednym ze znaków firmowych Valkirii i tym, co odróżnia Variable Fightery od większości mechów z formą myśliwca. Pozornie wciśnięty na siłę tryb, który właściwie nie powinien być nazywany trybem, czyni Valkirię jedną z najbardziej wielozadaniowych maszyn bojowych w historii Sci-Fi.

Łącząc najważniejsze cechy samolotu i humanoidalnego robota, GERWALK może chodzić po ziemi, trzymać i przenosić najróżniejsze obiekty, startować/ lądować pionowo i wciąż latać (tym razem z wręcz niesamowitymi zdolnościami manewrowymi, zwłaszcza w kosmosie). Fakt, to wszystko kosztem osobliwego wyglądu, ale dla pilota wojskowego estetyka pojazdu stoi w hierarchi potrzeb nieco niżej niż zabójcza skuteczność.

Jak widać, dysze silników formują całkiem pozowalne jak na taką konstrukcję stopy.

Tak zwany plecaczek. Pieknie zrobiony, mieści w sobie moduł łączności (antenka), dodatkowy silnik i stację dokującą dla dopalaczy przewidzianych dla VF-1 (powiedziałbym o nich coś więcej, ale ich nie mam na składzie, więc po co).

Ręce to dziwna sprawa. Niby są całkiem pozowalne, ale mają istotną wadę- palce są wyprofilowane do trzymania Gunpoda. Gdy VF-1S go trzyma, jest spoko, ale gdy tego nie robi (a nie robi tego przez większość czasu), ręce wyglądają tak sobie.


Ciekawostka propo Gunpoda- rozkłada się do formy kompatybilnej z łapkami naszego robocika.

Widzicie? Teraz ręce wyglądają bardzo dobrze. I jak na mój gust, tylko teraz.

Focker idzie na wojnę :) Nie zazdroszczę temu, kto mu stanie na drodze.

Czas na ostatni tryb VF-1S, Battroida (skrót od Battle Droid). Najbardziej humanoidalny tryb, który z założenia miał służyć do walki z rasą wojowników-olbrzymów, Zetreadi, których ciągłe ataki na Macrossa są głównym motorem serii. Zakładam, że większości fanów TF po zobaczeniu tego trybu zapali się w głowie jakaś lampka. Nic dziwnego, wiele Transformerów jest opartych na tym designie. Cybertron Thundercracker, G2 Cyberjets, Energon Starscream i wiele innych TFów posiada schemat transformacji, który powstał na bazie tego VFa. Dobra, wracając do tematu, VF-1S jest świetnym odzworowaniem swojego animowanego odpowiednika z 1982r. Oczywiście dodano masę detali, ale prostota tego mecha jest bardzo wyraźna (zawsze mnie bawi, jak poprzedzający fabularnie ten model VF-0 Phoenix z Macross Zero wygląda znacznie nowocześniej od swojej rozwojówki). Niektórym może to przeszkadzać, inni mogą to uwielbiać. Ja jeszcze nie wyrobiłem sobie zdania, choć jestem fanem Valkirii i teoretycznie już dawno powinienem :P

Z tyłu jest wręcz niesamocie schludnie, wszystko co mogłoby nas razić jest schowane za kurtyną złożonych skrzydeł i wystającego ponad nie plecaka. Porównując to do MP Stara, plecy w tym projekcie Kawamoriego wyszły o niebo lepiej.

Głowa, choć prosta, ma bardzo ładne i odpowiadające mi kształty, jakby projektant założył sobie, że obudowa może być tak prosta jak tylko się da, a wszystkie skomplikowane bajery niech będą schowane w środku. Nie ma tu stawu kulkowego, ale i tak poza standardowym ruchem na boki, głowa może odginać się do góry i do dołu. Hmm, znając życie ktoś mi zaraz powie, że lasery na bokach głowy powinny być wychylone do tyłu, jak w serii, ale ja wolę gdy są przodem (zobaczyłem zdjęcia promocyjne VF-0S i takie ustawienie bardzo mi się spodobało). Zresztą i tak jak kogoś atakują, to anteny z bronią celują przed siebie.

Detale, detale, detale, ile można... ramiona wydają mi się ciut za małe ale taka specyfika transformacji.

No, ta sekcja jest ciekawa. Wyraźnie widać doczepiane osłony turbin silnika, ale mnie bardziej interesuje łączenie nóg z dziobem samolotu. Mamy tu całkiem nieźle wykonane stawy kulkowe (których potencjał pozowanie rozwija się dopiero z rozpostartymi skrzydłami), a żeby było jeszcze zabawniej, nawet prosty staw biodrowy. Na niewiele się zdaje z powodu ramy na tyle jednostki, ale zawsze coś :)

I taki mały rzut boczny. Okolice pleców byłyby jeszcze lepsze gdyby klapa na której zaczepia się plecak trzymała się na miejscu (ale robi to tylko gdy jest kontrowana przez panel piersiowy, z którym się łączy w trybie samolotu).

Pozowalność Battroida jest w gruncie spora, ale jak mówiłem, skrzydła nie pomagają nogom w wychylaniu się. Na szczęście w tym celu można użyć dodatkowego stawu w udach, ale mogę kwestionować, czy na dłuższą metę wygląda to tak fajnie.

No i robocik nareszcie dostaje swój pistolecik :) To i dwa następne zdjęcia mają ten sam motyw, więc daruję sobie ich opis.



Oczywyście, jak każdy dobry mech bojowy, VF-1S może używać swoich rakiet także trybie robota. A teraz, gdy skrzydła są na bokach, pojawiają się nowe możliwości pozowania, wcześniej poniekąd zablokowane. Kurcze, teraz do prawdziwej sielanki na tym zdjęciu brakuje mi tylko FAST Packa z opcją Strike... wtedy to dopiero z Valkyrii byłby latający czołg. Ale kiedyś kupię sobie własnego VFa już z wspomnianymi bajerkami i wtedy na pewno to pokażę, hehe.

Dobra, Zentreadi, Wujcio Focker ma dziś kiepski dzień, więc jak nie chcecie wąchać kwiatków od spodu, jazda mi stąd!

Dwa dzieła Kawamoriego obok siebie. Patrząc na formy myśliwca, wydawałoby się, że powinni być podobnych rozmiarów. Jednak transformacja VFa robi dobry użytek z większej liczby części i po drodze nie marnuje się masy znajdującej się dziobie czy bokach myśliwca. Ale nie myślcie sobie, że faworyzuje VFa, Starscream to Starscream, ma swoją specyfikę i za to go kochamy (jakbym go nie kochał to bym w niego nie pakował kasy, ot co!). Poza tym, umówmy się, Jedynka była od podstaw projektowana z myślą o opcji transformacji w robota, F-15 już nie :P

Ostatnie zdjęcie, VF-1S w towarzystwie mojego Biomicromana Xeku.
Czas na podsumowanie. Zabaweczka jest niesamowita i pokazuje, że dziś nie ma już czegoś takiego jak "awykonalna w realnym świecie transformacja". Piękny i dopracowany prawie pod każdym względem i w każdym trybie myśliwiec. Nie trzeba być fanem Macrossa, żeby chciało się kupić takie cacko. Mało tego, ja się przymierzam do jego zakupu od roku, planowałem zakup VF-1A "Angel Birds" (ostatnio mocno staniało, więc może jeszcze to zrobię), ale teraz wydano drugą generację skali 1:60 już z FAST Packiem w pakiecie i mam zamiar kupić sobie z tego VF-1S "Hikaru Ichijyo". Werdykt Wallasa: 9/10. Jedno oczko odjęte za ponad 100 dolarów ceny :P
KONIEC