TERMINATOR: SALVATION
T-1




Seria: Terminator Salvation
Przynależność: Skynet
Typ: Prototyp maszyny typu Hunter Killer
Rok wydania: 2009
Producent: Playmates Toys

Zdjęcia i tekst: Fear Factor
Korekta: McGazda
Materiał dodany: 24.10.2010

___

Krótkotrwała, pozostawiająca miejscami wiele do życzenia w kwestii jakości figurek, seria Terminator: Salvation zadziwiła mnie paroma okazami. Harvester był jednym z nich i sprzątnąłem go z E-Bay'a najszybciej jak mogłem. O nim mieliscie okazję już przeczytać, ale przede wszystkim mieliście okazję obejrzeć go w pełnej okazałości. Miał swoje wady, pozostawiał miejscami niedosyt, ale ostatecznie obronił się i zyskał mój (a mam nadzieję, że i Wasz) szacunek. Poz zakupie Harvestera wpadł w moje ręce Hunter-Killer oraz dzisiejszy gość, T-1. Dzisiaj zobaczymy jak Playmates Toys poradziło sobie z figurką pierwszego mechanicznego zabójcy ludzkości.

T-1 to kolejna maszyna, którą jedynie Playmates przekonwertowało w figurkę (podobnie jak było to w przypadku Harvestera). W ogóle ciekawa historia z tym robotem. Informacji na jego temat nie odnajdziemy w w filmie "Terminator: Salvation", bo pojawiła się tam dosłownie na sekundę. T-1 swój debiut zaliczył już w poprzednim filmie serii - "Terminator 3: Rise of the Machines". To właśnie tam mieliśmy okazję przypatrzeć się mu dokładniej. Toteż w tej galerii bazować będę na informacjach o T-1, które nie są w żaden sposób zwiazane z filmem, pod którego szyldem wydana została figurka. T-1 to pierwszy Terminator w historii, zmniejszony przodek naziemnych Hunter Killerów, znanych we wszystkich "Terminatorach". Wraz ze zminiaturyzowanym prototypem latającego HK, nasz dzisiejszy gość jest jedynym mechanicznym tworem tego typu, stworzonym jeszcze przez ludzi. To zwyczajnie krzyżówka czołgu ze zdalnie sterowanym robotem, uzbrojonym w dwa karabiny maszynowe systemu gatling. Jak wiemy z "T3", maszyny te zwróciły się przeciwko swoim twórcom w momencie, gdy Skynet przejął nad nimi kontrolę (dokładnie za sprawą Terminatrix, który (która?) przeprogramował je tak, by wykonywały polecenia superkomputera) i w ten sposób stały się pierwszymi zabójcami ludzi. T-1 w "Rise of The Machines" różni się od tego z "Salvation". Brakuje wielu elementów, co można tłumaczyć tym, że był po prostu wczesną wersją T-1, który w następnym filmie znajdował się już w finalnym stadium budowy. Poszczególne różnice postaram się pokazać opisując figurkę robota. Także... "Come with me if you want to live".
Zaczynamy!

Jak wspominałem wcześniej T-1 bazuje na konstrukcji czołgu, stąd też wyposażony został w gąsienicowe podwozie, które gwarantuje mu dobrą mobilność w trudnym terenie. Został też odpowiednio uzbrojony. Figurkę otrzymujemy w trzech częściach, które montujemy w całość. Playmates powieliło wykonanie zewnętrzne i tak jak w przypadku Harvestera farba została delikatnie nałożona na plastik. Dodatkowo nieco pobrudzono go błotem, zwiększając w ten sposób realizm. Z wyjątkiem tego "błota", figurka ma identyczną kolorystykę jak w przypadku Harvestera. Jest zatem wykonana całkiem przyzwoicie.

Z tyłu nie ma nic szczególnie ciekawego do pokazania z wyjątkiem jednego detalu, jakiego nie widać na wcześniejszej fotografii. T-1 posiada dodatkową, trzecią gąsienicę, która odpowiada za sterowanie maszyną. Tak jak główne gąsienice pokryta jest farbą imitującą błoto. Więcej o tym elemencie wspomnę potem. Jedna rzecz wymaga komentarza. Na zdjęciach promocyjnych Playmates, pokazuje się T-1 odwróconego tyłem do przodu. Nie wiem dlaczego doszło do takiego błędu (szczególnie, że musieli bazować na zdjęciach, gdzie T-1 widnieje w normalnej konfiguracji), ja w każdym bądż razie prezentować będę T-1 tak jak powinien wyglądać.

Sylwetka T-1 jest bardzo ciekawa. Nadaje maszynie prymitywizmu i koślawości. Dodatkowo kojarzy mi sie z robotem znanym jako Johhny 5, który pojawiał się w filmie "Krótkie spięcie". Co tu dużo mówić - zawsze byłem fanem robotów i pojazdów tego typu, stąd tym bardziej cieszę się, iż mogę posiadać T-1 w swojej kolekcji. Jedynie ogon z gąsienicy mi się nieco nie podoba.

Kanciasta, obfitująca w trójkątne kształty głowa T-1 jest jednym z elementów, które odróżniają go od jego kolegi z "T3". Posiada jednolite, czerwone oczy, które nie są już okrągłymi diodami, ale podłużnymi wizjerami. Prawdopodobnie głowa starego T-1 została dodatkowo opancerzona, zmieniając przy tym swój kształt. Teraz łeb eb wygląda niesamowicie; czuć od niego grozę, z oczu...hmm... wizjerów źle mu się patrzy. No i nie wygląda tak dziwnie jak dawniej. Niestetym, głowa powiela swoją nieruchomość od Harvestera. Nie jesteśmy w stanie jej ruszyć nawet o milimetr w bok.

Podwozie jest jedną z tych rzeczy, które najbardziej mi się w tej figurce podobają. Wygląda - jak lubię to określać - masywnie. Gąsienice są szerokie i idealnie nadają się do rozjeżdżania wszystkiego, co stanie T-1 na drodze mimo, iż nie jest on kolosem. Sam ich rozstaw jest również szeroki. Trudno mi określić natomiast przeznaczenie elementu z przodu, który przypomina (dosłownie) sedes. Obstawiam, iż jest to osłona silnika, który napędza maszynę, lecz ciężko jest mi się na ten temat wypowiedzieć z braku danych. Wszystko to przyozdobione jest jasnym błotem. T-1 lubi offroad. :D

Panel piersiowy również oberwał błotem, które zostało pięknie na nim rozmazane. Niestety, nie przedstawia on takiej dobrej szczegółowości, jak w przypadku Harvestera czy Hunter Killera. Mamy kilka kółeczek, parę prostokącików i tyle. Nic wielkiego. W porównaniu do prototypu z "T3" opancerzenie stało się bardziej kanciaste. Moim zdaniem na plus, ponieważ nie lubię zaokrąglonych kształtów. Maszyna siejąca zniszczenie wygląda z nimi jakoś... niegodnie.

Przednie gąsienice posiadają cztery pary kół nośnych, jedną parę kół napinających oraz jedną parę kół napędzających. Prócz tego, jest jeszcze jedna para rolek, które podtrzymują gąsienice u góry, lecz są niewidoczne (wnioskuję na podstawie zdjęć prototypu z "T3"). Gąsienice są chronione płytami pancernymi, w które wyposażona została finalna wersja T-1. Zamontowane zostały również błotniki. Boczne płyty pancerne połączone zostały nitami. Fani militariów wiedzą, iż pancerz nitowany jest technologią przestarzałą, gdyż odpadające nity po uderzeniu pocisku miały nawyk rykoszetowania wewnątrz przedziału załogi czołgu, często raniąc jej członków. W przypadku T-1 jest to oczywiście nieistotne, ponieważ to maszyna bezzałogowa, pokazuje to jednak pewien trend przy tworzeniu prymitywnych, archaicznych maszyn w Terminatorze . Mimo, iż T-1 jest szczytem nowoczesnej technologii wojskowej (patrząc na teraźniejszość), to wyposażono go w nieco przestarzałe patenty, by oddać taki też klimat. Tak samo było w przypadku Harvestera. Mimo wszystko, dzięki nitom wzrosła szczegółowość podwozia. Imitacja błota została wykonana poprawnie, co uważałem za niemożliwe. Mimo, iż kolor woła o pomstę do nieba (w rzeczywistości był on brązowo-pomarańczowy), to sposób nałożenia farby uważam za dobrze wykonany. Brawo, Playmates!

Tylna gąsienica to kolejny przykład niedorzecznej archaizacji i cofnięcia w rozwoju. Patent rodem z I wojny światowej. Co ciekawe - póżniejsze wersje czołgów z tamtego okresu (chociażby legendarny Renault FT-17) stosowały już system regulacji prędkości gąsienic w celu skręcania maszyną. Natomiast T-1 korzysta tutaj z technologii przedpotopowej wręcz. Do tego pomysł z dodatkową gąsienicą nieco psuje sylwetkę T-1. Osobiście wolałbym, żeby tej gąsienicy nie było, a zamiast tego przedłużyłbym podwozie. Niemniej, jest jeden plus. Gąsienica faktycznie pozwala obracać się robotowi, jeżeli popchniemy go do przodu czy do tyłu.

Pod spodem zamontowane zostały małe koła, które pozwalają poruszać płynnie naszą figurką. Ukryty tutaj został również jeden z gimmicków. Wszystkie koła są identyczne z wyjątkiem jednego, które jest nieco szersze, z wyraźnymi rowkami. Koło to pozwala obracać górną częścią T-1. Dzięki temu figurka nieco nabiera życia, rozglądając się na boki w poszukiwaniu celu, gdy poruszamy ją do przodu.

Górna część obraca się (dzięki wspomnianego mechanizmowi) w prawo o 45 stopni, a następnie wraca do pierwotnej pozycji na wprost. Możemy oczywiście ręcznie obracać tułowiem T-1 i dzięki temu też określić zakres obrotu podczas korzystania z gimmicku. Byłem tym niezwykle zaskoczony i zadowolony, ponieważ to prostu patent, dajacy całkiem dobre rezultaty. Mnie się on osobiście podoba; jakoś tak wdzięcznie wygląda szukając celu. Co więcej - żaden recenzent na YouTube nie wpadł na to i nie zauważył tej opcji w figurce. Nawet Playmates nie objaśniło tego na pudełku czy instrukcji. Także mamy to do czynienia z "tajnym bajerem". :D

Najbardziej imponującym elementem T-1 jest jego uzbrojenie. Wyposażony został w dwa karabiny maszynowe systemu gatling. Nie są może bogate w detale, ale podoba mi się ich rozmiar. To nie jakieś cieniutkie badyle, lecz grube pęki szcześciu luf, gotowe pluć tonami ołowiu. Dodatkowo cieszy oko staranne wykonanie taśmy nabojowej. Minigunami możemy obracać na boki, lecz nie ma możliwości opuszczania luf w dół czy podniesienia ich do góry. Wszystko za sprawą braku odpowiedniego stawu. Możemy za to zastosować kolejny bajer w figurce. I tutaj poczułem takie samo rozaczarowanie, jak w przypadku durnego gimmicku u Harvestera, związanego z podnoszeniem jego działa. Dlaczego?

Gdy naciśniemy znajdujący się z boku guzik wystrzelona zostanie strzałka z miniguna (a właściwie to cała przednia część miniguna wraz z resztą strzałki). Nie ukrywam, że zawiodłem się tutaj niesamowicie. Ba, czułem się wręcz wściekły, ponieważ kolejny raz Playamtes zmarnowało duży potencjał. Możliwości było wiele - wstawić mechanizm, który pozwalałby obracać lufami po naciśnięciu przycisku (coś w stylu gimmicku Cybertron Evaca), czy dać jakąś porządną elektronikę. Niestety, ani jednego, ani drugiego nie uświadczyłem. Ale czemu się dziwić. W końcu Playmates kierowało T1 (jak i całą resztę figurek z serii) do dzieci jako zabawkę, a nie do kolekcjonerów jako kolejny eksponat. Stąd też taki bajer musiał być, bo przecież dzieciaki uwielbiają strzelające roboty-zabawki.

Wspominając o taśmie nabojowej należy zauważyć, iż T-1 nie posiada widocznego zasobnika amunicji. Taśma po prostu znika gdzieś wewnątrz robota i nie wiadomo gdzie przechowywana jest jej dalsza część. Trochę mnie to razi, ponieważ pudło nabojowe skutecznie zapełniłoby pustkę z tyłu, całkowicie pozbawioną jakichkolwiek szczegółów. Kolejny raz muszę pocieszyć się powiedzeniem, iż nie można mieć wszystkiego.

Porównanie z innymi modelami Playmates. T-1 stoi z figurką T-700, będącą dodatkiem do Hunter Killera. Nie jest od niego specjalnie wyższa (jakieś dwa, trzy centymetry), ale zdecydowanie ciekawiej się prezentuje (mimo świetnego wykonania T-700). Ma na oko 14 centymetrów wysokości, podczas gdy T-700 mierzy 11 centymetrów. T-700 póki co jest nieco obrażony iż nie stał się gwiazdą nr 1 tej recenzji, ale bez obaw - i jego, i HK opiszę w niedalekiej przyszłości.

Wspólne spotkanie ze wspomnianym Hunter Killerem. Z tej perspektywy nie widać mocno różnicy w wielkości, choć w rzeczywistości jest ona kolosalna. Sam HK jest znacznie większy od ROTF Starscreama klasy voyager. To praktycznie klasa Ultra.

Pora zatem na podsumowanie i ocenę. T-1 jest porządnie wykonaną figurką. Jest rzadka i odpowiednio droga (choć nie należy spodziewać się strasznej przebitki). Podoba mi się malowanie, a także sama postać T-1. Dobrze komponuje się na półce z innymi figurkami z tej serii, zaś gatlingi i podwozie przykuwają wzrok. Niestety, T-1 jest też zarazem figurką ze zmarnowanym potencjałem. Można było w niego wpakować masę ciekawostek, które zwiększyłyby jego atrakcyjność. Podobnie jak w przypadku Harvestera mamy dwa action features - jeden całkiem fajny, jeden żenujący. Figurka z pewnością jest rajem dla fanów customizacji, gdyż świetny z niej materiał do przeróbek. Jeżeli ktoś ma na nią ochotę - niech bierze (tym bardziej, że mało ich już na E-Bay'u). Ocena? Dla mnie solidne 4.

I'll be back !

 

 

KONIEC


Powrót do strony głównej