
Producenci serii G.I. Joe to osoby o niezwykle rozwiniętej wrażliwości ekologicznej, do perfekcji opanowali sztukę recyklingu, dodając do niej wiedzę z zakresu XIX wiecznej nauki. W 1818 Mary Shelley napisała wyjątkowo interesującą historię o naukowcu, którego tematem pracy było życie, dokładniej jego tworzenie. Victor, bo tak na imię miał ów uczony, złożył ciało z fragmentów zwłok, następnie przy użyciu skomplikowanej aparatury i mocy błyskawicy tchnął w trupią mozaikę życie. Nie wszystko, niestety, poszło jak uczony sobie zaplanował, jednak jego osiągnięcia na zawsze rozsławiły nazwisko rodu Frankenstein. Korzystając z metod sprawdzonych w praktyce przez bohatera powieści Mary Shelley, designerzy Hasbro wymyślili metodę tworzenia zabawek przez odzysk. I tak na rynek wypuszczane były coraz to nowsze modele Dżiajdżołków, których pojedyncze elementy służyły do budowania kolejnych figurek. Główka od jednej figurki, rączka od innej, korpusik i nóżki również skądeś przekręcone... nic się nie marnuje, a zabawka powstaje - idealne połączenie ekologii z odkryciami Victora Frankensteina.
Za chwilę zobaczycie efekt hasbrowskiej polityki recyklingu. Jeżeli nudzą Was wywody ekologów, ignorujecie argumenty przyjaciół środowiska, to właśnie dobry moment na zmianę postawy, dzięki poniższej galerii zrozumiecie, że i Wy możecie pomóc Matce Ziemi.
Oto przed Wami staje Dundrozprysk!

Wiem, nie popisałem się z tłumaczeniem pseudonimu, ale miałem wielką potrzebę wykorzystania słowa "dunder", a że nadarzyła się ku temu okazja... Nie wińcie mnie. Thunderblast, bo tak z angielska nazywa się postać, którą przedstawia figurka na zdjęciu jest sierżantem wojsk pancernych służącym w oddziałach G.I. Joe. Jak wskazuje stopień wojskowy, mamy do czynienia z nieprzeciętnym kozakiem. Sierżanci są najtwardszymi skurczybykami w całej armii - to oni plują się do szeregowców, przeprowadzają zabójcze musztry, czy nakazują wykonywać setki pompek. Dosłużenie tego stopnia to stanie się wszystkim czym jest armia: honor, ojczyzna i jajca ze stali. Żaden mięczak nie pożyje dość długo, by stać się sierżantem, tylko najwięksi kozacy otrzymują tą rangę.

Thunderblast jest takim właśnie gościem – twardym jak skała, niewzruszonym jak lodowce na Antarktydzie. Wyobraźcie sobie, to typ żołnierza, którego figurka nie potrzebuje nawet podstawki!

Kiedy sierżant Dundrozprysk chce stanąć na podstawce, po prostu zabiera ją żołnierzom niższym rangą. I tak oto bierze Ripcorda za szmaty i wywala go na zbity pysk. Widzicie? Ten durny kawałek plastiku dołączany do innych Dżiajdżołków jest Thunderblastowi niepotrzebny.

Oto godna poza – obie stopy zajęły miejsce na bolcach skonfiskowanego standu, Thunderblast jest tym samym gotów do prezentacji swoich możliwości.

Najpierw jednak spojrzymy sierżantowi prosto w oczy. Jego twarz wydaje się mniej realistyczna niż autorskich figurek z serii Rise of Cobra. Wiecie dlaczego? Bo Thunderblast nie musi udawać jakiegoś aktora, on uosabia ideały wojska. Wzrok, który nie wątpi w słuszność wojny z terrorem, usta, które służą do wydawania rozkazów, nie zadawania pytań, oraz uszy głuche na wszystko poza głosem wyższych stopniem. Jeśli wydaje Wam się, że gdzieś już widzieliście równie idealne żołnierskie oblicze, nie mylicie się. Jak pisałem wcześniej – sierżant Dundrozprysk jest wojakiem idealnym, powstałym z elementów ciał innych wielkich wojskowych. Jego głowa to oblicze samego generała Hawka (konkretnie drugiego wariantu wersji 25th Anniversary).

Spójrzmy na wprawne żołnierskie dłonie. Wyciągnięty „palec cynglowy”, rękawiczki bezpalczatki, które nie mają żadnego praktycznego zastosowania poza ogólną zajebistością. Wszystko jest na swoim miejscu. Takimi dłońmi Thunderblast obsłuży karabin, czołg, wyrzutnię rakiet… co tylko wpadnie mu w ręce.

Na lewym udzie Thunderblast nosi kaburę. Pistolet weń zamknięty to nic innego jak pic na wodę, straszak-kapiszonowiec. Broń jest elementem nogi figurki, nie ma żadnego praktycznego zastosowania. Tym bardziej zaskakuje fakt, że dłoń Thunderblasta może spocząć na rękojeści pistoletu-atrapy. Mały szczególik, a jego realizm cieszy jak masowa egzekucja ludność średniowiecznego miasta.

Kompletnie bezsensowna poza, która nie ma na celu nic innego, jak zademonstrowanie artykulacji figurki. Thunderblast jest dość ruchawy, konstrukcja jego korpusu nie utrudnia w żaden sposób pozowania… Zresztą trudno żeby utrudniała, skoro całe ciało sierżanta zostało żywcem przeszczepione od starszego sierżanta Księcia Rezolutnego (znanego na zachodzie jako Resolute Duke).

Żaden terrorysta nie chciałby oglądać podobnego widoku. Thunderblast ponownie demonstruje swobodę swych ruchów. Przy tej okazji możemy się przyjrzeć podbiciu jego stóp. Niestety, nie ma na nim choćby śladu wibramu podeszwy. Nie żeby była to szczególna wada (czy wada w ogóle), ale poczułem się w obowiązku poinformować, że stópki sierżanta Dundrozpryska są gładkie jak dupka niemowlaka.

Co bardziej spostrzegawczy mogli już dostrzec, że noszona przez Thunderblasta kamizelka w twarzowym odcieniu zieleni jest zdejmowana. Jej właściciel demonstruje Wam system mocowania swojego serdaka.

Zerknijmy na Thunderblasta od tyłu. Chudzinka z niego, chyba nie jadał za dużo grochówki wojskowej. Z drugiej strony – korpus musi być szczupły, w przeciwnym wypadku bezrękawnik utrudniałby ruchy. A przecież żołnierz musi ubierać się komfortowo (stąd ciężkie plecaki, o rozmiar za małe buty i przenoszone mundury). Plecy sierżanta są wyposażone w regulaminową dziurkę na plecak. Zazwyczaj jest ona jednak zakryta przez kamizelkę.

Przepisowe nakrycie głowy żołnierza wojsk pancernych – hełm z uchylnym czarnym badziewiem. Strzelam, że to wizjer, ale jego praktyczne zastosowanie wydaje mi się wątpliwe.

W pełni umundurowany, w charyzmatycznej pozie. Wzorowy żołnierz. Pewnie każdy z Was spodziewa się teraz ujrzeć uzbrojenie Thunderblasta… No i tu czeka Was mała niespodzianka, bo sierżant Dundrozprysk nie nosi broni.

Sierżant Thunderblast wozi się bronią. Za plecami dzielnego żołnierza stoi czołg typu Pancerny Czwarty Pod Względem Wielkości Kot Na Świecie, w USA mają na to krótszą nazwę, mianowicie Armored Panther.

Ten elegancki pojazd jest, nie mylicie się, kolejnym przykładem wykorzystania surowców wtórnych. Kiedyś czołgi te znane były jako Pancerniki (z angielska Armadillo). Armia wciąż się jednak modernizuje, nie może sobie pozwolić na korzystanie z archaicznego sprzętu, dlatego Pancernik przeszedł drobne modyfikacje i dziś służy jako Pancerny Czwarty Pod Względem Wielkości Kot Na Świecie. Oczywiście poza modyfikacjami mechanicznymi (dowiecie się o nich później), model otrzymał zupełnie nowy lakier. Pierwotnie malowany był na wyblakło zielono, kompletnie bez stylu. Dzisiaj możemy podziwiać pustynny kamuflaż, niezwykle skuteczny podczas działań na terenach zalesionych.

Pierwszym widocznym usprawnieniem względem pierwotnej wersji pojazdu są dwie wyrzutnie pocisków po bokach. Obie zamontowane w tak perfidny sposób, że uniemożliwiają większy zakres ruchu wieżyczki pojazdu. Tak się kończy wybieranie najtańszych ofert w przetargach na uzbrojenie wojska – zawsze ktoś odwali fuszerkę.

Całe szczęście dobry żołnierz naprawi błędy kiepskiego inżyniera. Thunderblast wie, że w warunkach polowych sprawność manewru jest równie ważna jak siła ognia, dlatego w razie potrzeby może zdemontować zawadzającą wyrzutnię. Swoją drogą – popatrzcie jak pięknie razem wyglądają. Jak bliźniacy jednojajowi. Czapeczka nadaje rakiecie ludzkiego charakteru, dzięki czemu jej uderzenie staje się bardziej humanitarne. Wróg i tak zostanie zmasakrowany, bądź okaleczony, ale będzie to miało przynajmniej przyjazny i swojski wymiar.

Od razu lepiej. Teraz Armored Panther może razić ogniem wroga gromadzącego się wokół pojazdu. Cztery sympatyczne działka nie wyglądają może równie imponująco jak wielka wyrzutnia rakiet, ale pomyślcie o wymiarze psychologicznym. Zwłoki zmasakrowane nieprzerwanym ogniem karabinu maszynowego, roztrzaskane kości i wylewające się na ziemię flaki, których posiekana skóra nie jest już w stanie utrzymać wewnątrz ciała, lejąca się litrami krew, obryzgująca ziemię, śliska i lepka… to wszystko jest o wiele bardziej demotywujące dla nieprzyjacielskich wojsk niż jednorazowa eksplozja pocisku.

Niemniej jednak, pocisk to też nie byle strzałka. Wyrzutnię aktywuje uroczy przycisk w kolorze kwitnącej magnolii, posyłając rakietę prosto w siły wroga… a muszę przyznać, że rakieta ma pieprznięcie. Armored Panther jest wyposażony w być może najsilniejsze działka sprężynowe jakie widziałem (a widziałem ich naprawdę wiele). Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że ich spust jest różowy. Róż to nowa czerń!

Thunderblast jak każdy kierowca lubi, gdy jego pojazd wyróżnia się w tłumie. Jedni przyczepiają do swoich aut spoilery, inni obniżają zawieszenie, jeszcze inni montują kołpaki imitujące alufelgi… Sierżant zamontował do swojego czołgu kołpaki imitujące gąsienice. Choć w rzeczywistości Pancerny Czwarty Pod Względem Wielkości Kot Na Świecie porusza się dzięki czterem kółkom, po tuningu wydaje się, że jest jak każdy inny czołg. Sprytne i dużo tańsze od zamontowania prawdziwych alugąsienic.

Wróćmy na chwilę do wspomnianych wcześniej modyfikacji modelu Armadillo. Oprócz doczepionych po bokach wyrzutni rakiet, producent zdecydował się nadać lufom karabinów bardziej atrakcyjny wygląd. Teraz wyloty giwer mają muszki (do szpanu, nie do celowania) i perforację na zwieńczeniu. Dzięki temu wróg umiera ze świadomością, że zabił go najbardziej czadowy karabin. Kolejny element nadający bardziej przyjazny wymiar pojazdowi.

Lufy karabinów mogą poruszać się symultanicznie, bądź niezależnie, rażąc pojazdy naziemne i latające jednocześnie. O piechocie nawet nie wspominamy, bo piechurzy widząc Armored Panther sami strzelają sobie w łeb, by uniknąć cierpień.

Oto dlaczego sierżant Thunderblast nie potrzebuje żadnych tanich podstawek. Jego czołg ma specjalne bolce, dzięki którym może stać bezpiecznie i prezentować się imponująco na polu bitwy. To dodatkowy efekt psychologiczny, który wpływa na przeciwnika deprymująco.

Linka z przodu nie służy do holowania, czy wyciągania innych pojazdów, nic z tych rzeczy. Ten sznur zamontowano po to, aby przywiązywać doń szczątki ubitych wrogów i ciągnąć je za czołgiem, jak puszki za autem nowożeńców.

Armored Panther z lotu ptaka. Były to ostatnie chwile tego ptaszyska, bo chwilę potem został rozniesiony na strzępy ogniem z czterech karabinów. A musicie wiedzieć, że był to przedstawiciel zagrożonego gatunku. Thunderblast jest aż tak bezlitosny i nieczuły (choć ekologiczny, jak na ironię).

Sierżant Dundrozprysk unosi dłoń w kierunku wroga, a ten już może dzwonić do rodziny i żegnać się ze światem. Nie będzie litości, gdy w jego kierunku podążą kołpaki-imitacje gąsienic.

Srogi sierżant i jego wóz na chwilę przed wyruszeniem na nocny podryw. Oczywiście wszystko to w czasie przepustki.

Thunderblast dojrzał żywego pośród zgliszczy. Niestety, nie zdemontował wyrzutni rakiet i nie może obrócić wieżyczki. Czy ocalały umknie jego furii? Nic z tych rzeczy! Rozstrzelanie jest zbyt łagodną śmiercią dla skrywającego się tchórza. Zostanie rozjechany na krwawą miazgę, tak by zwłok nie dało się rozpoznać, a rodzina pogrążała się w smutku i niepewności losu ukochanego. Cóż, rodzina, trzeba było powiedzieć żeby trzymał ze zwycięzcami.

Niektórzy szpanują wielką armatą… Thunderblast ma takich cztery. I nic sobie nie rekompensuje, bo żołnierze nie mają kompleksów. Jedyne co mają to miłość do ojczyzny w sercu!

Nikt i nic się nie uchowa przed sierżantem Dundrozpryskiem. Nawet bogowie w niebiosach muszą się strzec, bo gdy wejdą mu drogę, chmury zostaną posiekane, sklepienie niebieskie stanie w płomieniach, a oni sami nie skryją się ni w Asgardzie, ni na Olimpie. Tak walczą prawdziwi żołnierze – bez kompromisu i przebaczenia.
Dotrwaliśmy jakoś do końca tej galerii. Więcej zdjęć nie będzie, bardzo mi przykro. Zostało nam zatem tylko wyciągnięcie wniosków z tego, co widzieliśmy powyżej.
Thunderblast to nie jest zła figurka, choć czuć, że pochodzi z innej niż Rise of Cobra bajki. Nie przepadam za recyklingiem zabawek, mam wrażenie, że ktoś próbuje robić ze mnie idiotę, a ja dość słabo znoszę podważanie mojej inteligencji. W zestawie Armored Panther w. Sgt. Thunderblast otrzymujemy surowiec wtórny, elementy wcześniej wykorzystane i sprawdzone. Doceniam myśl ekonomiczną, ale wolałbym, żeby nowa seria oparła się mimo wszystko na świeżym podejściu, tymczasem ponownie próbuje się konsumentowi wcisnąć to samo.
Szczęśliwie Polska była do tej pory omijana przez żołnierzy G.I. Joe i może to być pierwsza okazja do zaopatrzenia się w figurki z tej serii. Jeśli tak jest – możecie z czystym sercem kupić sobie Thunderblasta i Armored Panther. Szczególnie dzieciaki będą się świetnie bawić, bo pojazd jest lekki, mobilny i wyjątkowo przyjemny. Starsi fani mogą się zawieść cienkim plastikiem, niedopracowaniem kolorystycznym i stosunkowo małym rozmiarem czołgu.
Jeżeli w Waszym posiadaniu są komponenty składające się na Thunderblasta i jego wózek – odpuśćcie ten zestaw, naprawdę nie ma tam nic dla Was. Komplet może wzbudzić zainteresowanie tylko osób nie zaznajomionych wcześniej z G.I. Joe. Mimo wszystko nie polecam tej figurki jako początek kariery kolekcjonerskiej. Dużo lepiej zacząć od czegoś mniejszego, powoli dochodząc do pojazdów.
Ostateczna ocena to lekko sceptyczna Ulvomordka, która bawiła się nieźle, ale nie lubi kiedy próbuje się jej wcisnąć dwa razy to samo.
